IndeksIndeks  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Elisabeth "Elize" Schwarze

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość

avatar
Liczba postów : 111
Dołączył/a : 07/09/2015

PisanieTemat: Elisabeth "Elize" Schwarze   Wto Paź 13, 2015 12:23 am

Elisabeth "Elize" Schwarze



Informacje Podstawowe

Imię: Elisabeth
Pseudonim: Elize, a także dalsze zdrobnienia: Eli, Liz
Nazwisko: Schwarze, czasem korzysta z rodowego nazwiska Yoxall.
Pochodzenie:  Esenthor
Data urodzenia: 09.06 roku 875
Rasa: Człowiek/mag
Orientacja seksualna: Biseksualna
Przynależność: Requiem
Kolor znaku gildii: Czerwony
Miejsce umieszczenia znaku gildii: Prawa strona brzucha, koło pępka
Reputacja: Wśród ludzi Esenthoru jest poważana.Zajmowała się bowiem załadunkiem i przewozem towarów, a także "opiekowała się" (i wciąż to po części robi) niewolnikami.
W Shirotsume dość znana. Ze swojego nagłego odejścia po latach w małżeństwie. Niezbyt jest tam lubiana, bo zostawiła takiego "super człowieka".


Umiejętności bojowe

Magia: Kitsune no Mahō
Magiczna Energia: 2.500
Majątek: 2.000 klejnotów
Ekwipunek: Naszyjnik rodowy, który zazwyczaj ma jako bransoletkę na prawym nadgarstku.
Umiejętności: Transformacja, szybkość, skrytobójstwo


Aparycja

Chciałabym tę historię skrócić. A nie, czekaj, zaczynam od jej wyglądu. Także więc… Od góry! Patrząc się w górę widać dość młodo wyglądającą kobietę. Ma metr siedemdziesiąt dwa, niby to naturalny wzrostu, choć wciąż, w porównaniu do innych wydaje się trochę niska. Nie rośnie już od dłuższego czasu, obecnie, jeśli chodzi o jakieś wyglądy we wzroście to tylko w zależności od ubranego obuwia. Gdybyś zapytał ją o wiek, zrobiłbyś wielkie oczy z niedowierzania (poza plaskacza w policzek, bo kobiety się o wiek nie pyta), gdyż nie wygląda na tyle, ile ma – wyjaśnienie w KM. Wizualnym jej wiekiem zadziwiająco jest dwadzieścia sześć lat. Tak, ma strasznie młode rysy twarzy. Delikatnie zarysowane usta, zgrabny nos, a także serduszko na policzku. Trochę dziecinne, ale lubi taki styl i tego nie zmieni. A serduszko dokładniej znajduje się pod prawym okiem. Od razu do nich przejdziemy, bo pod powiekami kryje się niespodzianka, bo nie jest to jeden kolor oczu, a dwa! Lewe oczko jest niebieskie, po rodzicach, drugie zaś dziwnym zbiegiem okoliczności, od narodzin jest złote! Złote niczym ten kruszec, o który tylu się bije! A co między oczyma? Włosy. Kosmyki brązowych włosów się zaplątały nad nosem, między oczyma. A to nie jedyna część grzywki, bo ma też po zewnętrznej stronie trochę kosmyków. Ogólnie to jej czupryna dość długa jest, sięgająca trochę pośladków. No i ma charakterystyczny, niczym przepiórka kosmyk, który nie lubi się ułożyć schludnie na głowie. Naprawdę!
Niżej patrząc, ciało ma zgrabne. Ma talię typową dla wyrosłej kobiety, da się gdzie-niegdzie złapać, tylko brakuje pary… oczu… na klatce piersiowej. Coś tam jest, ale prawie tyle, co nic. Łydki niczego sobie, uda ładne, zaokrąglone, to samo ramiona. Ni grama zbędnego tłuszczu. A to wszystko jednak musi zostać wdzięcznie przykryte, czyż nie? Na samym wierzchu nosi płaszcz za łydki sięgający z czerwonym obramowaniem u krawędzi. Na ramionach ma znaki dość charakterystyczne, bo czerwone krzyże. Jakaś satanistka? Nie, lubi po prostu taki design. Pod tym nosi zaś coś na rodzaj body bez ramiączek. I bez materiału na plecach, dokładniej to na łopatkach. Materiał pokrywa jedynie piersi, lekko odstając u góry, u dołu rozdziela się w połowie, nad pępkiem i tworzy coś na rodzaj zakładek. Na nogach zaś ma dość charakterystyczne spodnie, gdyż niby to są szorty, niby długie dżinsy na białym pasku. Lewa nogawka jest do samego końca, do buta o czarnym obcasie o wysokości około 3 centymetrów w kolorze czerwonym. Druga zaś jest ścięta zaraz pod udem, czyli pod zakończeniem spodni. Trzeba zauważyć, że dość nisko są one ułożone. Prawa noga zaś pokryta jest inaczej. Ma tam coś na rodzaj białej zakolanówki, a na to but o takim samym obcasie, co drugi, aczkolwiek materiał widać, że jest czarny. Tak samo, jak na drugim. Bardzo chętnie ubiera rękawiczki bez palców na swe dłonie, jednak są one w dwóch formach. Jeśli nosi kurtkę, są to po prostu takie sięgające trochę za nadgarstek, zaś jeśli jej nie nosi, sięgają one aż do końca ramienia. Taka magia.


Cechy charakterystyczne: Heterochromia całkowita, tj. złote oko prawe, niebieskie oko lewe. Ma tatuaż serduszka pod prawym okiem. Czasem pojawiają się u niej lisie uszy.


Charakter


My whole thing is loyalty.
Loyalty over royalty, word is bond.
Wchodzimy do baru. Kogo widzimy? Mnóstwo pijaczyn, jakiś gość, który błaga barmana o to, aby mu nalać choć trochę wody, a on postara się odwdzięczyć tym, co ma lub czymś, co mógłby dla niego zdobyć. Człek ten nie jest niczym poza beznadziejnym pomiotem zrodzonym w mieście dla magów. Dość prędko Elize zajmuje się jegomościem, który nie potrafi się zająć swym życiem i zrzuca go dla siedzenia dla prawdziwych ludzi, zaś on je po prostu bezprawnie zajmował.
Jak zostało wspomniane w powyższym fragmencie, kobieta ta należy do osób nienawidzących, wręcz gardzących słabizną. Jako dzieciak w okresie od dziesiątego do szesnastego roku życia zajmowała się niewolnikami, a przez zajmowanie się mam na myśli bicie ich, zlecanie zadań. Zapewne polska służba jakaś tam już dawno by się tym zainteresowała i odebrała dzieciaka rodzicom. Szkoda, że rodziców nie miała. Wracając. Jej znaczenie osoby słabej to między innymi „ktoś, kto nie potrafi związać końca z końcem, więc polega na życzliwości innych”, czyli typowy żebrak. Dla słabeuszy magicznych ma zupełnie inną zasadę. „Jeśli nie potrafisz unieść swej głowy w górę po wgnieceniu w ziemię, można Cię rozgnieść niczym robaka”. I bardzo chętnie to egzekwuje, nie po to ma się ostre pazurki, czyż nie? Hihi!
Kolejną nieodzowną i nieodłączną cechą jej charakteru jest na samej górze wspomniana lojalność. Wypełnia każdy rozkaz tak, jak ma zostać wypełniony według niej. Jednak nie będzie to taka istna samowolka, że wypełni byle jak to, co ma zrobić. Po prostu ma własną wizję tego, co ma zostać spełnione. Po części stara się również domyślić wizji zleceniodawcy i wpleść ją w swój plan działania. Ciężko mi to jednak konkretnie określić. Po prostu słowo jej dane jest rozkazem, jest lojalna niczym pies, a do tego jeszcze zalatuje od niej pewnym perfekcjonizmem i pewnością siebie. Potrafi jednak być w pewnym sensie kochającą osobą. Między innymi okazuje to poprzez okazanie tej miłości własnemu synowi, Darkraiowi, bo to z nim spędza większość czasu, pomaga mu i obejmuje opieką pod każdym tym słowa względem. Lojalność wobec rodziny. Chyba, że chodzi o tych, którzy ją zostawili… nie, wobec nich lojalna nie będzie. Wobec nich jedynie padać będą pewne docinki, dość uszczypliwe teksty. Można uznać, że się mści za to, że ich zostawili, woleli obrać inną ścieżkę, bo niby ona się zmieniła. Uch, nienawidzi tego. Co, jak co – póki jej nie zdenerwują – ręki na nich nie podniesie.
A łatwo ją zdenerwować, oj łatwo. Wygląda wtedy zabawnie, jednak to nie na wyglądzie się rozwodzimy, a na charakterze. Nadepnij jej na odcisk – masz w łeb. Powiedz jej coś nie tak – masz w łeb. Podnieś na nią rękę, choć w mieścisz się w jej definicji śmiecia – masz w łeb, a nawet przez łeb. Czego nie zrobisz – masz w łeb albo przez łeb. Ciężkie życie kobiety. Ale są też pozytywne strony jej charakteru! Poza tym, że jest trochę gadatliwa, potrafi się uśmiechnąć, lojalność się również odnosi do dochowywania tajemnic (chyba, że mają one znaczenie dla wojny – wtedy potrafi je przekazać dalej, taki o wyjątek), zażartuje lub nawet pomoże. Niestety, żeby zasłużyć na ten przywilej, musisz wykupić pakiet Premium jedynie za 5.000 klejnotów miesięcznie musisz pochodzić z Requiem.
Aha. Potrafi czasem przekląć i wyzwać bez powodu. Kiedy ma uszy, strasznie lubi drapanie za nimi.


Biografia

Denerwował się, pot spływał po jego ramionach. Szerokich, barczystych ramionach. Odziany w lekką półzbroję mężczyzna dwoił się i  troił aby znaleźć pomoc. Potrzebował tego. Musiał znaleźć. To mogły być dla jego ukochanej ostatnie chwile, więc musiał się spieszyć!
Imię jego brzmiało Clive, był magiem pochodzącym z Esenthoru. Należał do grupy tych, którzy po odkryciu magii niemal od razu zaczęli trenować swe umiejętności.  Tak samo jego małżonka, Aaliyah, która obecnie oddawała na świat nowe życie. Brzemienna przez dziewięć miesięcy kobieta wiele razy mówiła, że to może być koniec, że nie będzie w stanie tego donieść. Powtarzała, bo czuła, że jest coś nie tak. Każdy kolejny dzień, jeden za drugim potęgował te nieprzyjemne przeczucia kobiety. Wiele razy próbowała sobie odebrać życie, targnęła się na nie wieloma, różnorodnymi  sposobami, od podcięć, przez wymuszone upadki na schodach czy nawet próby zeskoczenia z wysokości. Kobieta nie chciała, aby to dziecko przychodziło na świat. Po trzecim miesiącu pojawiały się już szepty. Szepty podpowiadające jej, że lepiej poświęcić siebie oraz dziecko zamiast wszystkich wokół.
Ale on się nie poddawał. Uważał, że to tylko i wyłącznie jej się wydaje. Próbował jej to uświadomić, więc zaczął walczyć. Zawsze był przy niej, nie odpuszczał jej na krok. Był dla niej zawsze. Od świtu do zmierzchu. Obiecał jej przecież, że będą dla siebie, nie ważne co by się działo.
Dlatego teraz szukał pomocy.
- Moja żona rodzi! Ona rodzi!
- C… co…?
- Nie stój jak ten ostatni idiota i pomóż! Zawołaj kogoś!
Rosły był. Głos miał potężny, charakterystyczny dla kogoś pełnego odwagi i pewnego patriotyzmu. Czekali na niego wszyscy. Wszyscy zebrani w jednym z tych przeciętnie bogatych domków. Byli traktowani nieco lepiej niż większość populacji tego drobnego miasta. Głównie przez to, że oboje byli magami. I to magia ma być sprawcą tejże masakry zwiastowanej przez cały okres brzemienności. Na Clive’a czekali inni, jego rodzina. Jego stara matka chodząca już o lasce, o siwych włosach, a także z niewyraźnym już wzrokiem, a także siostra jego ukochanej. Była tak szczęśliwa z powodu takiego, że jej cudowna siostra Aaliyah zrobi kolejny krok ku szczęściu. Tak samo, jak ona – dumna matka dwójki synów w wieku sześciu i ośmiu lat. Była starsza od brzemiennej, pękała ze szczęścia można by rzec na sam widok swoich pociech. Nikt poza mężczyzną nie był świadom tego, co tak naprawdę się z kobietą dzieje, woleli to pozostawić w tajemnicy, ale czy to nie był błąd? Może jednak powinni powiedzieć komukolwiek o cierpieniu brązowowłosej niewiasty? Tak, miała brązowe, piękne i aksamitne włosy. Dotykanie ich sprawiało niebywałą przyjemność, a złote oczy dodawały jej dodatkowej urody. On zaś twarz i ciało miał skażone przez blizny, a włosy mu posiwiały przez te wszystkie stresy związane z walkami. A może takie miał od urodzenia? Utrzymuje się ta wersja, choć prawdę zna tylko on.
Tik, tak, tik, tak.
Nadchodziła godzina zero. Godzina, w której ich życie umknie między palcami, oni zostaną oddani w objęcia Hadesa, pana Śmierci. Czas mijał nieubłaganie, choć on biegł już z odnalezionym lekarzem do swego domu. Kropla potu prędko przepłynęła po jego policzku, opadając za chwilę na ziemię. Głęboki wdech. Szok. Przerażenie. Łza. Pierwsza w życiu. Stał we wrotach z tym strachem, nie mogąc w to uwierzyć. Babka leżąca na plecach, szwagierka przytulająca swe nieoddychające dzieci. A na samym końcu widok jego ukochanej, choć to ją najpierw zobaczył. Krew rozlana po pościeli, ona sama blada niczym trup, którym była. Poczuł drżenie. Drżał. Tak było już od czasu kiedy tu wszedł, jednakże dopiero teraz dopuścił to do swoich myśli. Pękło w nim coś, co nazywano niezłomnością. Tak to się nazywa? Nie wiem. Nogi się pod nim uginały, chociaż machnął ręką, złapał za klamkę i zatrzasnął przed twarzą medyka drzwi. Zrobił krok przed siebie, niemalże nie wywalając się o nogę jednego z chłopców. Jeden krok. Drugi, trzeci, upadł na kolana tuż przy łóżku, ujmując dłoń swej ukochanej dawnej w swoje obie, delikatnie ją głaszcząc kciukami. Chciał wierzyć, że to nie miało miejsca. Chciał wierzyć, że ta walka mogła jednak zakończyć się dobrze. Tak nie było.
- Odpowiedz… Żyjesz? Aaliyah…
Jednak zapytanie zabrzmiało bez odpowiedzi, żadnej, nic. Zupełnie tak, jakby w pustkę je rzucono. To było dla niego najgorsze uczucie w życiu – utracić kogoś, o kogo się tak walczyło zażarcie z losem. Uniósł się nieznacznie, niemalże przez łóżko przeczołgał, aby obrócić leżące bokiem ciało do siebie, objąć twarz swymi rękoma trzęsącymi się z przerażenia, móc spojrzeć choć przez chwilę na jej bledziutkie usteczka. Nie zwracał od samego początku na płacz dziecka, na śmiech jakiejś kobiety. To drugie wymazywał wręcz ze swojej rzeczywistości, choć głos ten był niemal taki sam, jak jego lubej, choć ton jego napawał strachem. Nie należał on charakterem do tych przyjemnych typów, był to szaleńczy śmiech. Taki sam, jakby wielkiemu, złemu możnowładcy właśnie udało podbić się wioskę nieopodal, choć ten był kobiecy.
- Ona nie wróci! Powinieneś o tym wiedzieć!
Odezwała się, tym razem był to głos, który do niego dotarł świadomie. Odkleił się wzrokiem od ciała ulubionej jego dziewoi, aby przerzucić wzrok na człekokształtną duszę delikatnie głaszczącą głowę płaczącego dziecka swą szponiastą dłonią. Nie robił mu krzywdy, wręcz przeciwnie – uspokajało je to. Zaczynało powoli wesoło gaworzyć, z zainteresowaniem i pewną radością patrząc się na niematerialną istotę z lisimi uszami, choć podły uśmiech na jej twarzy nie był zbyt pobudzający zaufanie. Uniesione kąciki ust, kręcące się wokół ogony… Coś, czego nie dało się przeoczyć. Człek ten ze wściekłości zacisnął pięść, co to zaraz nakierował ją na duchowy twór jego – jak myślał – wyobraźni.
- Dlaczego ich wszystkich uśmierciłaś?!
Powietrze w pokoju rozdarł męski ryk wściekłości, jednak zaraz został przerwany on przez dość głuchy odgłos uderzenia pięści w coś, w czystą materię. Kula tejże stała na drodze jego broni, skutecznie ją blokując, a do tego jeszcze zadając dość znaczne obrażenia. Skóra została rozdarta, tak samo jak i powoli działo się z mięśniami, póki ten nie zabrał ręki. Nastąpiło zwęglenie niemal całkowite naskórka, który miał bezpośrednią styczność z energią.
- Dla zabawy.
- Ty chora…
- S*ko? Schlebiasz mi!
Pstryknięcie palcami, chichot. Przerażający chichot, a zaraz po nim rozbrzmiał sadystyczny, napawający strachem śmiech. Łzy. Posoka. Stęknięcie. Łoskot. Raz, drugi. Wrzask, cisza. Nie, nie cisza. Płacz dziecka, które właśnie zrozumiało, że coś się stało, jednakże nie wiedziało dokładnie, co. Ktoś wszedł. Duchowej istoty już nie było, a dziecko leżące na łóżku pośród martwych było dziwnym znaleziskiem w tych czasach, szczególnie w domu zamieszkiwanym przez magów. Teorii było tyle, ile głów w Esenthorze. Każdy jednak mówił – Clive zabił.

`•._.••¸.-~*´¨¯¨`*•~-.,-,.-~*´¨¯¨`*•~-.¸••._.•´¯

- Te, młoda! Daj te skrzynię tutaj!
- Dobrze, proszę pana…
Rozkaz za rozkazem. Jeden za drugim. Drugi za trzecim. Raz, dwa, raz, dwa, przebieraj nogami. Przenieś to tu, przenieś tamto tam. Nie zmuszali jej do tego, ona sama chciała zarobić na siebie. Już chyba od sześciu lat tak pracuje, niejednokrotnie prawie że mdlejąc. Ona chciała tego. Męki. Jeśli trzeba było – oczywiście. Jednak jak do tego doszło? Będzie chyba wam miło, jeśli przybliżę tę kwestię. Tamtego feralnego dnia zabrał ją jeden z przyjaciół jej ojca, jeden z tych, z którymi ćwiczył co dzień. Wychowywała się razem z ich córką, która była ledwie dwa lata starsza niż ona. Dorastała, uczyła się każdego dnia coraz więcej i więcej. Pochłaniała wiedzę jak gąbka, ale… nigdy nie była szczęśliwa. Nikt nie wiedział, dlaczego, pomimo śmiechów i chichów z jej strony, nie dało się zobaczyć na jej twarzy prawdziwego szczęścia. Po dziesięciu latach od tragedii podjęła decyzję pewną, która ją doprowadziła do tego stanu, w którym jest obecnie. Nie chciała żyć na koszt ludzi, których nawet nie wiedziała, skąd zna, acz wiedziała, że nie są spokrewnieni. Dlaczego wiedziała, skoro jej o tym nikt nie powiedział nigdy wcześniej? Słuchała ludzi wokół. Wiele razy słyszała imię mordercy, jej biologicznego ojca. Ludzie zawsze zastanawiali się, czy ona będzie taka sama, jak tamten człowiek, który osiwiał przez swą żonę. W końcu dziecko mordercy. Aż dziw, że je oszczędził, skoro zabił swoją matkę, żonę i szwagierkę. Miewała tego po prostu dość. Brązowe włosy odziedziczone po matce jej własnej tym bardziej nie pasowały do rodziny, która ją przygarnęła. A oczy? Jedno złote, drugie niebieskie. Trochę jak choinka. Przez dorosłych nieznających historii tej dziewczyny uważane za piękne kamyczki, zaś przez dzieciaki właśnie za choinkę. Miała tego dość.
- Tylko uważaj, jest ciężkie. Daj to do powozu.
- Za chwilę to tam zaniosę.
Kiedy przyszła do grupy tragarskiej, wyśmiano ją. Po prostu. Stała się wtedy popychadłem. Uważano, że kto normalny przychodzi do nich po to, aby szukać sobie u nich pracy? Przecież to jest praca niewolników! Niemożliwe, aby ktoś z własnej woli chciałby się jej podjąć! Najpierw ją ktoś odepchnął, a po chwili również i kopnął w kostkę. Upadła. Leżała bokiem, skulona, bezradna. Co jednak usłyszała? „Spieprzaj do domu dziewucho niepoważna”? Nie. „Masz tę robotę. Jesteś odważna, a do tego czuć od Ciebie magię. Mamy dla Ciebie specjalne miejsce”.
- Jeszcze dwa worki z jabłkami i możemy ruszać!
Czym było to specjalne miejsce, o którym jej powiedziano? Było to miejsce wśród tragarzy posługujących się magią. Zostało jej wyjaśnione to niedługo później – znają plotki o jej przeszłości, toteż wiedzieli, iż pochodziła z rodziny magów. Oni również powiedzieli jej o rodzicach, jaki los ich spotkał. Dzięki nim również zaczęła darzyć zawiścią swojego nieżywego ojca. Czym się zajmowała w tej grupie ciężko było jednoznacznie stwierdzić. Otrzymała dość wysoką pozycję z racji swego pochodzenia i miała po części władzę nad zwykłymi niewolnikami, którzy to już słabi i nie mają siły chodzić czy tym bardziej taszczyć ciężarów. Zaczęła do nich odczuwać nienawiść, bo byli po prostu słabi. Słabych trzeba tępić. Ci, którzy się nadają wciąż mogą być dobrą siła roboczą, jeśli zaś jedyne, co potrafią to szukanie pieniędzy na ulicy – nie mają prawa zaznać życia godnego, trzeba je skrócić natychmiast. Poza tym, że zajmowała się tymi słabszymi, pomagała również z załadunkiem powozów. To oznaczało dużo podróży po świecie, dużo noszenia owoców, warzyw i tym podobnych. Import jak i eksport były niezwykle potrzebne dla tych pobliskich wiosek, a także dla tych wielkich miast. Zawsze jej się coś udało otrzymać. Nie, przepraszam, udało to złe słowo. W ramach nagrody, poza pieniędzmi, wyżywieniem i opieką otrzymywała również owoce, które – dajmy na to – wypadły z kraty czy worka.
- Dobra, to wszystko. Ruszamy!
Tym razem ten wyjazd był inny. Nie pod kątem trasy, jaką planowali przebyć – z północnego portu aż do Esenthoru. Wszyscy się zapakowali do powozu, a szesnastoletnia właśnie swymi białymi, zadbanymi pomimo trudów pracy zębami wgryzła się w jedno z jabłek. Dwie osoby siedziały z przodu i popędzały konie, wokół jechało około pięciu jeźdźców mających na celu osłanianie powozu. Kolejnych pięć pilnowało zaś drugiego, w którym siedziała kolejna grupa ochroniarzy towaru. A ona po prostu sobie leżała na workach pełnych towaru. A że dzisiaj były to towary miękkie, nie musiała się martwić o ból pleców z powodu niewygodnego siedzenia. Koło niej leżała Sonya, jedna z towarzyszek, aczkolwiek ona była typową, niemagiczną niewolnicą.  Słyszała rozmowy z przodu bardzo wyraźnie chociaż jej głowa błądziła gdzieś tam, w chmurach. Myślała nad czymś. A o czym to mowa? O tym, że zaraz po tym, jak się przedostali do portu, na tamtej trasie zawaliło się drzewo i trasa jest nieprzejezdna, więc będą musieli objąć inny szlak. A tenże był niestety dość często napadany przez Łowców Magów. Wystarczyło jedno użycie zaklęcia i już było po karawanie. To znaczy oni by ją zniszczyli, ci napastnicy. Niby tego to ona wysłuchała, jednak przeszło jej to koło nosa. Nie powinno, gdyż niestety wszyscy uczestniczący w obecnym konwoju byli magami. Ona chyba jako jedyna aktywnie nie używała takowej mocy z racji, że jeszcze się w niej w pełni nie rozbudziła do tego stanu użytkowego. I właśnie tym sobie zaprzątała głowę. Czemu ją traktują jak maga, choć nim nie jest? Czemu ojciec wszystkich zabił, a ją pozostawił przy życiu? Jeśli rzeczywiście jest magiem… to czemu nie może używać swej magii? A także to, jaka magia jej jest?
- Mamy trochę pod górę, uwaga żeby towary nie wypadły!
I zaczęło się zabezpieczanie. Elize wstała, zaczęła wiązać płachtę materiału do drewnianych drzwiczek powozu, zasłaniając tym samym szczelnie pewne okno na świat. Wiązała to całkiem mocno, a tychże węzłów było mnóstwo. Jedynie środka nie mogła zawiązać, bo zabrakło jej miejsca to raz, a dwa to wewnętrzna krawędź nie miała żadnych dziur żeby móc przepleść sznur przez materiał. Westchnęła wtedy ciężko, wzięła do ręki obgryzione jabłko leżące przez jakiś czas w kącie powozu, po czym je wyrzuciła gdzieś na bok, poza środek transportu. Przetarła dłonie, aby poprawić swe mocne, brązowe włosy. Powozy po przygotowaniach ruszyły, słychać było rżenie koni. Jeden z jeźdźców pojechał dalej, aby sprawdzić drogę. I znowu musieli się zatrzymać, tuż po wjechaniu na wzniesienie.
- Zablokowane, szefie!
- Cholera… Nie możemy sobie pozwolić na oczekiwanie na przetkanie tego! Odblokować mi to, ale już! Mamy termin!
Magowie powoli schodzili z konnic. Aura, którą wyczuwała Elize z zewnątrz była intrygująca. Widać ją było również przez materiał powozu, jasne światła wydzielane przez magię ochroniarzy sprawiały, że coraz to bardziej chciała być magiem. Być taka, jak oni! Choć ten entuzjazm nie był podzielany przez jej mimikę twarzy, która jedynie na to przytaknęła nieznacznym uśmiechem, wciąż jej serce biło jak oszalałe.
- ATAKUJĄ NAS!!
Powietrze rozdarł niespodziewany okrzyk kapitana. Każdy spodziewał się ataku, jednak nie z dwóch stron. Każdy myślał: zaatakują frontalnie. Każdy się mylił. Elize natychmiast spojrzała się na Sonyę, myślała o najgorszym, aby wykopać ją poza powóz. Była tylko narzędziem do pracy, a ona sama miała prawo do tego, więc z podłym uśmiechem, ku swojemu ratunkowi zaczęła rozwiązywać supły wcześniej wykonane przez nią samą. W tym momencie o decyzji zadecydował jej egoizm i chęć przeżycia, można by rzec – po trupach do celu. Kiedy jednak skończyła rozwiązywać sznur, zobaczyła czyjąś twarz przed sobą, przeraziła i odskoczyła.
- O, witam, witam, dziękuję za otworzenie mi drzwi do siebie~ - powiedział, podle się śmiejąc. Nikt nie mógł już pilnować powozu, bo wszyscy albo byli martwi, albo wciąż bronili się przed własną śmiercią. Mężczyzna zaczął powoli się wspinać po powozie, zaś sama Liz przylgnęła do ściany. Sonya siedziała z przerażeniem, patrząc się na niego.
- Z kim to się dzisiaj zabawimy? – zapytał po chwili, w dłoni miał nóż. Jego noga już była na drewnianej posadzce. Zaraz dołączyła do niej druga, a z racji że tamta niewolnica była bliżej, to do niej się dopadł. Poderznął jej gardło dość brutalnie, aby zaraz zacząć iść do brązowowłosej. Ta zaczęła się trząść, trafiła między młot, a kowadło. Mogła spróbować go wyminąć i uciec, trafiając w wir walki, albo dać się teraz zabić. Jednak żadnego z nich nie zrobiła. Ktoś go zamordował. Była w tak wielkim szoku, że aż osunęła się na posadzkę, oddychając ciężko jak po długim biegu. Miała całe życie przed swoimi oczyma.

- Co się tu stało, panie Schwarze?!
- Mordował niewolnice, które zamierzałem wykorzystać. Gdy próbowałem mu przeszkodzić, zaatakował mnie.
Chyba tylko ona znała kłamstwo kryjące się za tą półprawdą. Była przy tym. Wiedziała, że tamten po prostu chciał mordować każdego, kogo napotkał na drodze, a swojego „kuzyna” pewnie by nie tknął. Ale jak mogłoby to wszystko się potoczyć, gdyby ten blondas nie zainteresował się kobietami i nie chciał ich rozdawać ludziom? Elize żyła. Zabrali ją ze sobą, co ją zaskoczyło. Nie zdecydował się jej pozbyć tak, jak pozostałych? Nie oddał jej jakiejś innej rodzinie? Dziwny był ten szlachciur według niej. Już mógł ją stracić, a nie. Była w tym dziwnym stroju widzianym tylko w Esenthorze u tych najgorszych niewolników. Nienawidziła go. Dla niej była to pogarda. Wiele razy, jak była w ich posiadłości usiłowała go rozerwać, choć była powstrzymywana przez inne, będące w podobnej sytuacji do jej własnej, kobiety. Przyzwyczaiła się do tego po niedługim czasie. Lojalność, której nauczyła się przez lata w taszczeniu wszelkich skrzyń czy worów dawała się we znaki zdecydowanie. Wypełniała każdy rozkaz posłusznie i bez żadnych ceregieli. Robiła to, sprzątała tam, umyła jakieś stopy, wykąpała kogoś… z tą neutralną miną niewyrażającą nic. A puste oczy dwukolorowe nie wyrażały praktycznie niczego, co można by uznać za pozytywne bądź negatywne emocje. Były puste. Żyła takim życiem, jakie sama tępiła, była wtedy słaba. Słaba, była robalem, którego można była zgnieść. Nawet to, że miała oddzielne pomieszczenie, jej immunitet traktowało jako coś… normalnego? Nie cieszyła się tym. Nikt nie mógł jej uderzyć? I co z tego, jest i tak śmieciem, czemu nie mogą jej bić?
Jednak przez następne miesiące coraz bardziej się do tego przyzwyczajała. W jej oczach z dnia na dzień widać było nieco mniej pustki, a coraz to więcej uczuć. Choć dalej wykonywała posłusznie rozkazy, tak częściej się odzywała. Coś więcej niż „tak, panie”. W zamian za to wszystko, co robiła, miała pełną opiekę. Dbał o nią. Czuła, że on nie traktuje jej jak niewolnicy, a jako kogoś więcej. Chociaż nie potrafiła nigdy powiedzieć, co. Miesiąc za miesiącem mijał. Czas dla niej już nie miał znaczenia. Dzień każdy był dla niej taki sam, wyrobiła sobie rutynę. Nawet nie zauważyła, kiedy minął rok, a potem drugi. Ostatnie dni… uśmiechała się. Tak, zaczynała się uśmiechać w pobliżu panicza Schwarze, do którego jednak nie miała wciąż odwagi mówić po imieniu pomimo faktu, że byli w tym samym wieku, a on się nią opiekował. Jakaś blokada umysłowa sprawiała, że nie robiła tego nawet, jeśli ją poprawiał. To wszystko miało się jednak skończyć.
- Ściąć ją jutro z rana.
Słyszała to. Ten urywek rozmowy jego ojca z blondynem, który darował jej życie. Nie mogła w to uwierzyć… czemu… mają ją ściąć? Dlaczego? Nie ukrywając, to był pierwszy raz, kiedy usłyszała jakąkolwiek rozmowę na swój temat. Pierwszy raz z racji, że podjęła się sztuki śledzenia swojego wybawcy. Była w szoku. Nieopisanym szoku. Dotknęła dłonią ściany i… natychmiast wróciła do pokoju jej przydzielonego. Wręcz do niego wpadła, przerażona. Znowu. Znowu wiedziała, że jej życie jest zagrożone.
- Uciekamy.
Była zaskoczona. Tak samo, jak płynęły jej łzy rzewnie, tak samo była pod wrażeniem jego odwagi i zaradności. Nie spodziewała się tego po nim. Obserwowała go, jak wszystko uzbierał, miał przemyślany cały plan. Wypuścił kilku niewolników, zaprowadził całą ich grupę do miasta, tam zostawił swój amulet rodowy. Podpalając miasto, uciekł z Liz. Ona… była wolna. W końcu była wolna? Patrzyła się na niego z tym niebywałym podziwem. Wzrokiem, którym nigdy nikogo wcześniej nie uraczyła. Tymi dwoma błyszczącymi kamykami, tym niebieskim i złotym… spojrzała się na niego z tym, co czuł on sam do niej. Czy to była miłość?

`•._.••¸.-~*´¨¯¨`*•~-.,-,.-~*´¨¯¨`*•~-.¸••._.•´¯

- Czy chcesz wziąć za żonę tę oto tu obecną Elize Yoxall?
- Tak.
- A czy Ty chcesz wziąć za męża obecnego tutaj Mao Schwarze?
- Tak!
Zabiły dzwony kościelne w Shirotsume, a po czerwonym dywanie wyszła szczęśliwa para dziewiętnastolatków. Bukiety im się między nogami walały, a pięknie przystrojona w suknię ślubną panna młoda prędko trafiła na ręce swego wybranka życia.  Ten niósł ją z promienistym uśmiechem upstrzonym o szeregi białych, równych ząbków. Blond czupryna i błękitne oczy – to było coś, co ona kochała. A zrozumiała to dopiero w dniu, kiedy uciekli, przestała się już wahać. Ucałowała go w usta, na co każdy, kto był tego świadkiem, aż wstrzymał oddech, acz nie na długo. Ponownie zaczęli bić brawa, Liz przytuliła go, uśmiechając się do gości. Gości wielu nie było. Raptem może pięć osób, głównie tych, których poznali później, po tym jak zamieszkali w tym mieście. Mimo tego uroczystość była udana. No dobra, nie było pięciu gości. Nie liczyłam po prostu około dwudziestu starszych ludzi, którzy w nawyku mają chodzić do kościoła kiedy tylko coś się dzieje.
- Nie spodziewałam się, że kiedykolwiek będę tak szczęśliwa jak teraz!
Naprawdę tak było. W oczach jej przepływało szczęście, radość, zero smutków, zero złości. Nie tęskniła za nikim, za niczym. To życie, które teraz miało się zacząć było niemalże idealne. Wyobrażali to sobie oboje cudownie. Mieszkanie na zaciszu w Shirotsume z tyloma dzieciakami, ile tylko będą w stanie utrzymać. Ona w końcu miała szansę pomyśleć nad treningami magii, czy się pouczyć, spróbować obudzić to, co wiedziała, że w sobie ma. Coś rodzice musieli po sobie zostawić w niej, czyż nie? Tą samą pasją zaraziła swojego lubego, który, pomimo bycia z rodziny łowców magów, bardzo chętnie zaczął czytać te księgi i zaczął się uczyć. Przeżyli ze sobą tę jedną, konkretną noc, aby czekać. Czekać dziewięć miesięcy na cud. I nie, nie nadeszło to, co spotkało jej matkę. Nie musiała się nic, a nic martwić. Żadnych podszeptów nie słyszała, żadnych negatywnych myśli nie miała. Mogła się skupić na tym, co umiała, na tym, co chciała. Więc większość czasu spędzała w niewielkiej, domowej biblioteczce, na jakichś drobnych porządkach, czy po prostu – z nawyku już – przenoszenia dość sporych ciężarów, choć nie powinna. Kiedy oboje mieli dla siebie czas, gdyż mężczyzna ukochany jej dość często wychodził, chcąc zarabiać na ich wspólne życie, często wychodzili na jakieś spacery, czy to nad jezioro, czy po prostu do lasu. W takich miejscach jednak łapała ją pewna melancholia, bo to właśnie na obrzeżach lasu się poznali w nieco mało sprzyjających okolicznościach. Patrzyła się również w kierunku stron, z których ona sama pochodziła. Chciałaby któregoś dnia tam powrócić. Wiele razy proponowała to swemu lubemu, jednak bezskutecznie. Chodziło tu o jej zdrowie – w końcu nie zostało za dużo do porodu, a podróż mogła się przeciągnąć.
Data dla rozwiązania ciąży była dość specyficzna. Im bliżej było 24 września, tym robiło się coraz to bardziej niepokojąco. Cóż, jak to kobieta, nie miała siły już na wszystko, a że była lekką pracoholiczką, to uwielbiała się wręcz przemęczać. Na szczęście jednak do porodu dotrwała. Dzień mijał na łożu, aż w końcu słońce zaszło i zaczęła się męka trwająca wiele godzin. Wiele, zaprawdę wiele. Księżyc stał się czerwony, pełnia krwawego księżyca się zaczęła. A w jej czasie na świat przyszła najpierw dziewczynka, a potem – ku zaskoczeniu Liz – chłopiec. Nie trwało to zaskoczenie jednak długo. Oboje się niezwykle ucieszyli, a czerwień krwawa księżyca patrzyła na nich z poważaniem. Nie wiedzieli jeszcze, co ich w życiu jeszcze czeka.

`•._.••¸.-~*´¨¯¨`*•~-.,-,.-~*´¨¯¨`*•~-.¸••._.•´¯

Lata mijały. Kobieta spędzała większość czasu w domu, na sielance z dziećmi. To ona się nimi zajmowała kiedy to ukochany jej mąż zajmował się kwestią pieniędzy na różne zapotrzebowania, czy to na jedzenie, czy może jakieś luksusy. Nie wymagali wiele – byli prostymi ludźmi. Nie to, co dawniej. No dobra, Elize nie należała do prostych ludzi, bo jej życie odbiegało znacznie od tego, co mogła przeżyć teraz, ale w końcu mogła odczuć to szczęście, którego nie miała prawa czuć wcześniej. Kiedyś była tragarką, która mściła się w pewnym sensie na niewolnikach, a teraz… opiekowała się istotami słabszymi od siebie. Dawniej byłoby to nie do pomyślenia. Ona? Nienawidziła słabych. Teraz ukochała te dwie małe pociechy, co to one co rusz pytały się jej o to oko, czemuż one jest złote, a drugie jest niebieskie. Ona sama nie miała pojęcia, co powinna odpowiedzieć im, acz znalazła pewien sposób.
- Prezent od matki. Świętej pamięci matki, która zginęła jako prawdziwa kobieta, poświęciła swe życie, abym ja mogła przyjść na świat.
Dzieci zawsze uważały jej babcię za kogoś wielkiego. Bo cóż jest ważniejsze niż oddanie swego życia dla czyjegoś innego, aby dziecko mogło przyjść na świat? Nikt nie miał okazji jednak usłyszeć najprawdziwszej prawdy – kobieta nie chciała urodzić Elisabeth. Wiele razy próbowała przecież przerwać ciążę, a urodziła ją ostatnim tchem, niechętnie. Jednak chyba tylko Lis o tym wiedział, co się wtedy stało. Ale jeszcze lis nie mógł dojść do głosu, nie chciał bowiem, nie miał jeszcze okazji.
Dzieciaki coraz to więcej się dawały we znaki. W końcu miały już po dziewięć lat, no nie? To normalne. Młode pokolenie w tym wieku zawsze się jakoś dają we znaki, czy to głośnymi zabawami, czy może przepychankami. Liz martwiła się o oboje tak samo bardzo, choć wyraźnie widziała problemy ze wzrokiem Finsternis. Wiele razy podejmowała ten temat, choć rzadko go podtrzymywała, aby nie martwić się. Tak, ponownie zdecydowali się na dziecko. I teraz nie wiadomo, czy był to stres związany ze „ślepotą” córki, zachowaniem Darkraia, czy może był to inny czynnik, ale zadziało się bardzo źle.
Rozmawiali z pogodnymi uśmiechami, wspominając dzieciakom wspólne chwile jako młode wówczas nastoletnie dzieciaki. Opowiadali o swoim spotkaniu, schlebiali sobie. Mao był taki a taki, wielki podrywacz, chętnie by każdą wyrwał. Mógł mieć przecież każdą, z tak dobrego rodu pochodził! No i był kozakiem. A jak wspominali Liz? Elize wspominali jako piękną kobietę, która, pomimo swych niewolniczych wad pod tytułem bezgraniczne oddanie pracy była urodziwą kobietą. Na tyle, aby uwieść szesnastoletniego wówczas Panicza Schwarze. Ponoć jej uśmiech łamał serca najprawdziwszego twardziela, tak cudowna w jego oczach i wspomnieniach była! I z odwzajemnieniem. Chwaliła jego odwagę, jak to poświęcił wiele dla jednej, choć ona wówczas nie bardzo rozumiała, co to było. Jednakże, pot na jej twarzy już zwiastował to, co ma nadejść. Coś, co miało nadejść, czyli poród. Tik, tak, tik, tak… Bum! Dwudziesta trzecia! Ukochany się zamotał, acz zaprowadził dzieciaki do drugiego pokoju, sami zostali w salonie. Odebrał poród dość śmiało, jednak miał złe przeczucie. Ona sama… nie wiedziała, co się dzieje. Odchodziła od zmysłów. Działa się z nią rzecz podobna, co działa się z jej matką. Czuła energię w środku, szalejącą wręcz moc. Oko jej złote błysnęło niemal bielą, a te niebieskie przybrało podobnej barwy. Zacisnęła jednak mimo tego powieki, przestraszona. Uchyliła tę prawą, nie słyszała płaczu dziecka, który był wszechobecny w sali, kiedy przychodziły na świat bliźnięta Fin i Dark. Teraz… panowała cisza. Widziała w swym oku pokręcenie głową, że podszedł do niej. Przyniósł martwego noworodka… i wtedy coś się w niej zbudziło. Otworzyła szerokie oczy. Szok? Niedowierzanie? Nie. Ta magia się w niej rozbudziła. Dłoń, którą jej podał natychmiast pochwyciła w swoją, ściskając. Przybliżyła go do siebie. Spojrzała się w oczy ukochanego, pokazując swą nieokiełznaną… nienawiść? Dało się tak w ogóle to nazwać? Ciężko stwierdzić. Mimo tego, najbardziej w tymże wzroku dało się zobaczyć wszelkie negatywne uczucia wobec niego. Jedenaście lat, które ze sobą przeżyli prysły niczym bańka w zaczarowanym lesie wspomnień w jeden moment. Była w pełni sił mimo faktu, że właśnie podarowała komuś życie. Podarowała, a może odebrała? Nie wiadomo. Dziecko było martwe. Przyciągnęła go do siebie tak, że niemal ich twarze się stykały. Druga ręka… wymierzyła nią doskonały cios pełen siły prosto w brzuch lubego blondyna. Nie, ona nie była wykończona. Rozbudzona właśnie magia dała jej potężne pokłady energii. On padł pod ścianę, uderzając w nią wcześniej, a ona zaś wstała na proste nogi, dziecko zostawiając tam, gdzie było… Dzieci wszystko słyszały doskonale. Przybiegły prędko.
- Chodźcie, dzieci~
Głos jej był zupełnie inny niż dotychczas. Zawierał w sobie nutkę podłości, a także pewnej pewności dozy pewności siebie. Darkrai jednak zaufał jej na tyle, że pognał do swej mamy, choć nie był świadom jej zmiany tak bardzo jak jej siostra Finsternis. Został w biegu złapany przez siostrzyczkę, która głośno protestowała aby brat poszedł za odmienioną mamą.
- To nie mamusia!
Dostała. Magia, która nią sterowała teraz znalazła ujście – otrzymała taki sam cios, jaki przed momentem jej ojciec. Można powiedzieć, że wróciła do niewolnictwa, jednakże zmienił się jej pan – magia. Jej własna magia, której chciała się kiedyś nauczyć. W locie Fin została złapana, dzięki czemu część uderzenia przeszła na blondyna ją podtrzymującego. O tyle dobrze, bo na pewno to by zadziałało na małą w naprawdę druzgocący sposób.
- Jak to nie mamusia? Mamusi nie poznajecie?
Syn powędrował na jej ręce, wzięła go dość lekko. Była to obecnie jedyna osoba, która zaufała jej nowemu „wcieleniu”, poszła za nią nawet pomimo tego, co się za nią stało. To było zastanawiające, czemuż to poszedł za nią Darkrai mimo tego, że jego siostra wyczuła zmianę matce? Powolny krok powiódł tę dwójkę w stronę drzwi, a ona jedynie odwróciła się z dość podłym uśmiechem, puściła zadziorne oczko w stronę męża.
- Do zobaczenia, mężusiu. Jeszcze się zobaczymy… prędzej niż się spodziewasz.

`•._.••¸.-~*´¨¯¨`*•~-.,-,.-~*´¨¯¨`*•~-.¸••._.•´¯

Udała się wraz ze swoim synem do Esenthoru. Nie była jednak to zbyt łatwa droga z racji, że po prostu niemal dwie godziny po opuszczeniu Shirotsume, osłabła. Wybuch magii minął, energia, która ją rozpierała zaś ulatywała do atmosfery. Nie oznaczało to jednak, że zemdlała. Miała siły, jednakże sam fakt wymogu, że musiała polegać na swym synu strasznie dobił poczucie honoru lisiego ego jej magii. Ale ruszyli dalej. Wszelkie jej wątpliwości co do magii prędko minęły. Dusza, która jako niemowlę ją uspokajała i głaskała, bo jej rodzice zginęli wszystko już zdołała jej wyjaśnić, choć mocy swej nie przekazała. Od zawsze w niej była, będąc niczym wampir energetyczny.
Odpoczynek musieli zrobić sobie na kilka chwil, acz zaraz byli gotowi do dawnej wędrówki. Nie zabrali ze sobą nic, toteż musieli polegać na swych umiejętnościach w celu upolowania sobie czegoś. Czegoś, co byłoby w stanie oboje nasycić. Liz wciąż odczuwała zmęczenie spowodowane niedawnym szokiem po porodzie. No i samym jego faktem. Martwe dziecko to jednak jest jakieś brzemię do noszenia na barkach, szczególnie dla takiej matki jak Elisabeth. Martwiła się jednak bardziej właśnie utratą trzeciego potomka niż samym tym faktem, że zaatakowała swojego lubego. Już nim dla niej nie był. Mimo, iż uratował ją dwukrotnie z objęć śmierci, czy to nie on kazał jej pracować niczym niewolnica w pocie czoła? Czy to nie on jednak uratował ją przed pogardą, biciem ze strony jego rodziny? Niby uratował. Ale z drugiej strony tym, jak się do niej odnosił i jak się nią zajmował, usuwając jednocześnie ewentualnych narzeka czy sprawił, że ojciec naszego dżentelmena zapragnął głowy kobiety o dwukolorowych oczach. Zmieniło się jej nastawienie do rodziny, która postanowiła ją pozostawić. Była tylko ona i Darkrai. To on był jej najbliżej serca w tym momencie.
Kilka miesięcy temu zawrzało. Zawrzało nie w domu, a poza nim. Mówiono o tym, że powstała gildia dla nich idealna. Sekta, rzecz ujmując. Ktoś o niewyobrażalnej sile był w stanie sprzeciwić się Królestwu, co dało początek nowemu obliczu zła – Requiem. To właśnie dlatego zmierzała do znajomego jej Esenthoru, jej rodzinnego miasta, a także miejsca, w którym się wychowywała. Pojawienie się jej tam po trzynastu latach nieobecności w wielu wywołało oburzenie, u innych strach, a jeszcze inni rzucili wszystko, opuścili komorę nieaktywnego wulkanu, aby z powierzchni kwiaty zebrać, jakby strzała Amora ich strzeliła. Najbardziej przerażoną grupą byli niewolnicy, szczególnie ci, którzy przeżyli tych sześć lat pod jej żelazną ręką. Zdziwieni byli zaś ci, którzy znali jej rodzinę, a przynamniej plotki o morderstwie sprawionym przez jej ojca. Przez ich głowy przemykało pytanie jedno i to samo: jest podobna do ojca z charakteru, czy też nie? Wrosła się w niego czy w tę anielską matkę, która po prostu była trochę chytra? Była mieszanką portretu stworzonego przez pospólstwo, a także pełnego, matczynego charakteru.
Zmierzali powoli do gildii osadzonej gdzieś w tym królestwie sekty. Czuła się tutaj tak samo, jak dawniej. Nawet jeden z tych, których wykorzystywano do rozładunku powozów przyjeżdżających do Esenthoru podszedł do niej z koszem obfitującym w owoce ostatniej dostawy. Wśród nich były właśnie jabłka oraz pomarańcze sprowadzane z różnych zakątków Fiore. Trzymając syna za dłoń, podcięła dość zwinnym ruchem nogę tragarza, który momentalnie wywinął orła, a ona w locie złapała dwie sztuki dorodnych cytrusów, dość wyrośniętych z resztą, jedno rzucając synowi aby się nasycił po podróży, w czasie której jedli jedynie jakieś mięso.
- Uważaj jak leziesz…
Mruknęła do tego, kto był pod nią, po czym udeptała jego plecy bosą stopą, choć było to dość bolesne. Owoce rozsypały się wcześniej już wokół, na co wielu już zaczęło je łapać i zbierać dla siebie, nie zważając na to, w jakim stanie był niewolnik. Idealnie. Nikt nie dbał o to, jak go mogłaby w tym momencie skatować. Jedyni, którzy się martwili byli już daleko, zanosząc towar do magazynów rozłożonych po mieście. Pozostawiła go jednak, aby się sobą zajął. Za karę zawsze dostawali po sto batów, jeśli nie przynieśli całej sumy tego, co mieli. Nikomu nie było ich szkoda, w końcu byli podludźmi.
Dalsza trasa nie obejmowała żadnych niespodzianek. Dotarli prędko do bram gildii, które kobieta stanowczo popchnęła. Swe miano wyjawiła, pokazała, co potrafi. Tak samo, jak i jej syn, chociaż wydawałoby się, że nie należała do osób, które przypodobały się mistrzowi. Jednak znak gildii jest, czyż nie? I to jest najważniejsze.

 
Dodatkowe informacje

Ciekawostki (opcjonalnie):
• Ma męża - Mao - i dwójkę dzieci - starszą Finsternis i młodszego Darkraia
• Jak się zdenerwuje to potrafią jej wyrosnąć lisie uszy. Naprawdę!
• Miała niemiły zaszczyt urodzić martwe dziecko. To ją bolało.
• Ma heterochromię całkowitą, to znaczy prawa jej tęczówka jest złota. Nie można tego jednak uznać za mutację genów, gdyż jest to sprawka jej magii.


_________________

#e0bc38


Ostatnio zmieniony przez Elize dnia Pon Lis 09, 2015 10:59 pm, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://yousei.forumpl.net/t202-elisabeth-elize-schwarze

avatar
Liczba postów : 180
Dołączył/a : 30/09/2015
Skąd : Krainy Północy

PisanieTemat: Re: Elisabeth "Elize" Schwarze   Wto Paź 13, 2015 3:35 pm

Historii dłuższej się nie dało Eli? Kolejna wspólna, przyjemnie się czyta. Wszystko ładnie, pięknie.

AKCEPT.

_________________
Exchanging the white bond
Devoted prayers in one blue night
Winding green seeds fall down
Leaving the bronze one to harvest
Under purple mystery.

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Liczba postów : 65
Dołączył/a : 07/09/2015

PisanieTemat: Re: Elisabeth "Elize" Schwarze   Wto Paź 13, 2015 5:42 pm

Haru wita na Yousei no Hikari! Akcept!

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://www.yousei.pl/t214-haru-yoshida
Sponsored content


PisanieTemat: Re: Elisabeth "Elize" Schwarze   

Powrót do góry Go down
 

Elisabeth "Elize" Schwarze

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Elisabeth Parkinson
» Dom Elisabeth

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Yousei no Hikari :: Kartoteka :: Karty Postaci :: Requiem-