IndeksIndeks  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Miss Levittoux

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość

avatar
Liczba postów : 5
Dołączył/a : 28/10/2015

PisanieTemat: Miss Levittoux   Sob Lis 07, 2015 9:30 pm

Carmen Levittoux



Faktografia

Imiona: Carmen Inez
Pseudonim: dawniej Letha
Nazwisko: Levittoux
Pochodzenie: Gallowstone
Data urodzenia: 9 IX X892
Rasa: człowiek
Przynależność: Angel Tears
Kolor znaku: czarny
Miejsce znaku: lewa łopatka
Reputacja: powszechnie ceniona Łezka od września X911

Magia: Mecti
Energia magiczna: 2500
Majątek: 2000 klejnotów
Ekwipunek: trójkątne zwierciadełko, pomięty list, liczna biżuteria
Umiejętności: spostrzegawczość, szybkość, silny umysł

Piątek, 6 IX X908

Duże, szafirowe tęczówki spoglądały na nią ciekawie, kiedy przypatrywała się, już poniekąd z przyzwyczajenia, lusterku mamy, które z niezwykłą częstotliwością podkradała z przypisanego mu od początku ich zamieszkiwania tutaj, miejsca w domu. W tym niewielkim, prawie w całości mieszczącym się w jej drobnej dłoni, kształtem zbliżonym do trójkątna równoramiennego fragmencie, jak sądziła, pomalowanego na srebrno szkła, oglądała się co rano, jakby upewniając, że nadal wyglądała tak samo, jak minionego dnia. Również tym razem, dostrzeżone odbicie nie było w stanie jej w żaden sposób zaskoczyć, a może nawet, po części, rozczarowywało ją przez brak jakichkolwiek zmian - wciąż miała ten sam, niemalże nienaturalny, jednorodny, matowo czarny kolor włosów, brwi i rzęs, niespotykany u nikogo, kogo znałaby chociaż w widzenia. Z jednej strony miała prawo może nawet do dumy ze swojej wyjątkowości, skoro nie było w okolicy nikogo o podobnym wyglądzie, ale równie dobrze, fakt ten mógł się stać obiektem zastanowienia, czy jeśli przez to, w dość dużym jednak stopniu różniła się od innych osób, to czy na pewno była to pozytywna cecha, która nie czyniłaby z niej bardziej wypaczenia zamiast kogoś, w pozytywnym znaczeniu tego słowa, unikalnego i jedynego w swoim rodzaju. Pokręciła szybko głową, chcąc oderwać się od takich myśli i zająć sobie umysł rozmyśleniami jakiegoś innego rodzaju. Akurat dziś wolałaby być wolna od wszelkich wątpliwości, co stanowiło główny powód, tuż za robieniem już tego przez nawyk, spoglądania w srebrną taflę, która na ogół, w niewyjaśniony sposób, dodawała jej dzięki codziennym wygłupom wiele pewności siebie. Nawet, jeśli miała inny odcień włosów od reszty, wolała się wyróżniać raczej swoimi osiągnięciami i zdolnościami, niż czymś wrodzonym, to drugie zostawiając, jako coś pobocznego, nawet, oczywiście w miarę możliwości, poniekąd pomijanego. Nachyliła się nieco nad sympatycznym przedmiotem, przyglądając się, jak jej odbicie marszczy nieznacznie brwi na jej widok, po czym uśmiecha się lekko, a na koniec puszcza do niej oko. Po chwili przerwy, do wcześniejszych min, doszło jeszcze zalotne unoszenie jeden z brwi, wystawianie języka i słanie całusów, ale widocznie działo się to już bardziej ze względu na nadchodzące wkrótce, pełne presji wydarzenia o bardzo formalnym, poważnym i znamiennym w skutkach charakterze, bo na co dzień nie posuwała się aż do tego rodzaju praktyk przed obiektami ukazującymi odbicie jej niewyparzonej buźki. Gdy skończyła już poranną fazę warsztatów samouwielbienia, odłożyła lusterko w jego ustalone stanowisko na półeczce w salonie i szybciutko wróciła do szykowania się do wyjścia. Nawet, gdy do najważniejszego wydarzenia w jej dotychczasowym życiu zostało jeszcze całe trzy dni, ciągle była w związku z nim wyjątkowo zabiegana przez ilość obowiązków, które jeszcze ją przed tym wszystkim czekały. Oczywiście, jak to zwykle miała w zwyczaju, musiała odłożyć wszystko na ostatnią chwilę, przez co teraz miała za swoje. Na szczęście posiadała wsparcie kogoś, kto był przed paroma miesiącami w podobnej sytuacji, i choć nie był ani dumny, ani zadowolony z tego przedsięwzięcia, do teraz pamiętał, na czym całość przygotowań i procedur polegała. Już wcześniej mogła mu ufać w każdej sytuacji, przede wszystkim przez to, że zbyt długo się znali i zbyt dobrze dogadywali, by mogło wyglądać to inaczej. Teraz natomiast szczególnie zdawała sobie sprawę z wagi tej przyjaźni, zresztą nie tylko przez to, że potrzebowała pomocy - ostatnimi czasy zżyli się ze sobą, jak żadna inna dwójka przyjaciół i również przez to spędzali ze sobą tyle czasu, na ile tylko mogli sobie pozwolić, a niekiedy nawet nieco więcej. Od niedawna, w związku z czekającymi ją przejściami, był dla niej niesamowitym oparciem i dawał jej niezwykle przydatne rady, nawet, jeśli nie pałał entuzjazmem na myśl o nadchodzących wydarzeniach przez swoje negatywne podejście do całej idei organizacji. Doskonale rozumiała, że łatwo było dostrzec naganne cechy założeń gildii, jak duże braki już w samej jej istocie. Ale nie istnieje taka prawda, której za pomocą odpowiednich argumentów i środków nie da się podważyć. Czasem trzeba było się najzwyczajniej z czymś pogodzić. Tak, jak teraz, Frey będzie musiał się pogodzić z jej spóźnieniem, bo nie dość, że za dużo czasu zabawiła przy zwierciadełku, to jeszcze na dłuższą chwilę zamyśliła się, zamiast faktycznie przejść do dalszych etapów przygotowywania się i utknęła na fazie wciągania spodni na swój chudy tyłek, siedząc przez jakiś czas w bezruchu na łóżku i błędnie przyglądając się szwom jeansów. Westchnęła, gdy już ocknęła się z zamyślenia. Na szczęście, Lindberg po tych wszystkich latach doskonale wiedział, że funkcjonować u boku młodej Levittoux nie było łatwo, a mimo to, wciąż jej skazy i potknięcia pokornie akceptował. Niewielu na jego miejscu miałoby taką cierpliwość. Może po prostu nauczył się już tolerować typowe dla niej zachowania i niczym więcej nie byłaby go w stanie zaskoczyć?

Sobota, 7 IX X908

Przez krótką chwilę, w szybie jednego z przydrożnych budynków mignęła sylwetka biegnącej na złamanie karku dziewczyny. Na pierwszy rzut oka nikt jej nie gonił, więc wydawać by się mogło, że biegła z taką żarliwością albo przez to, że była dokądś spóźniona, choć o tak późnej porze nie powinno się już nikomu nigdzie spieszyć, albo na przykład coś ukradła i próbowała swojego szczęścia w postaci ucieczki, starając się uniknąć konsekwencji swych haniebnych czynów. Powoli zbliżała się do tej części miasta, której nie znała tak, jak poprzedniej, a więc doskonale i na pamięć. Jeszcze przed chwilą mogłaby śmigać z zamkniętymi oczami, trafiając jednocześnie z wyczuciem, gracją i bez utraty szybkości w kolejne wąskie uliczki, zaułki i nieznane nikomu innemu przejścia. Teraz, w okolicach domu, do którego niedawno się z mamą przeprowadziły, czuła się wciąż w dużym stopniu nieswojo. Zamiast więc, przez swój brak dokładnej znajomości mapy, pozwolić nogom nieść się w stronę kolejnych, wciąż dla niej pełnych tajemnic alejek, co skazałoby ją zapewne na znalezienie się w okolicach skwerów, deptaków i innych przestrzeni otwartych bardziej, niż mogłaby sobie w tej chwili na to pozwolić, gdzie stałaby się zdecydowanie zbyt łatwym celem, postanowiła po kryjomu wejść do jedynego bardziej od innych w okolicy znajomego budynku, starając się jednocześnie nie zwrócić na siebie uwagi przebywającej w jego środku rodzicielki. Nie minął długi czas, zanim znalazła się w środku i już w następnej chwili, podejrzenia o złodziejskie zapędy dziewczyny okazały się jak najbardziej słuszne, bo przez nieuwagę pokolenie starszej przedstawicielki rodu Levittoux, Carmen udało się wynieść z kuchni soki w wygodnych do przenoszenia kartonach w ilości dwóch, pamiętając również rzecz jasna o potrzebach jej bezwzględnego tropiciela, który z pewnością już był równie wycieńczony tym polowaniem, jak ona sama, po czym bezszelestnie wyszła na zewnątrz przez jedno z uchylonych okien na parterze. Ku jej niezadowoleniu, teraz już nie miała innego innego wyjścia, niż ulegnięcie przymusowi ruszenia dalej, w stronę nieznanej sobie części miasteczka, którą od jakiegoś czasu stopniowo, choć bardzo powoli poznawała, ze względu na wyjątkowo słaby zmysł orientacji. Gdy już nieco oddaliła się od domu, na moment przystanęła w miejscu, usiłując wybrać najskuteczniejszą drogę ucieczki, na której ona sama będzie miała stosunkowo niewielkie szanse na zgubienie się. W tej samej chwili, gdy już zdecydowała się na obranie konkretnego kierunku, została zaatakowana. Napastnik, który przez większość czasu pozostawał niewidoczny, teraz się ujawnił. Zaatakował z tyłu, zaskakując ją dodatkowo zasłonięciem oczu swej ofiary jakimś materiałem. Dziewczyna doskonale wiedziała, że to koniec. I właściwie od niedawna próbowała się pogodzić i oswoić z myślą o nadchodzącej, nieuniknionej porażce, ale aż do teraz nie traciła nadziei. Wraz ze znalezieniem się w tej okolicy, odebrano jej przewagę w postaci znajomości skrótów, więc nawet wyjątkowa szybkość biegu, jaką była niewątpliwie obdarzona, nie mogłaby jej teraz pomóc. Łowca dopadł swą zdobycz, poszukiwana została ujęta. Nadeszła zatem kolej, by odwrócić role.
- Głupek. Kiedyś zrobisz sobie krzywdę, skacząc po tych dachach, jak wariat. - rzuciła przed siebie, udając zniecierpliwioną i, trochę mniej udając, z nutą troski w głosie, choć pod koniec wypowiedzi, niezamierzenie ujawniło się również rozbawienie, które wciąż wolałaby jednak utrzymywać w ukryciu. Frey zdjął jej z oczu, jak się okazało, urwany strzęp flagi, a dziewczyna odeszła na kilka metrów i z tej odległości, po wyciągnięciu go z wewnętrznej kieszeni kurtki, rzuciła w jego stronę jeden z pozyskanych wcześniej soków. - Chwila przerwy. - zarządziła, gdy po paru sekundach nie otrzymała odpowiedzi, jakby upewniając się, że Lindberg nie zacznie nagle przed nią uciekać, czego przecież mogłaby się spodziewać, skoro nadeszła już jej pora na przejęcie roli myśliwego. Jeżeli zmarnował na ostatnią rozgrywkę tyle siły, ile sądziła, po ocenie śladów zmęczenia zarówno w jego zachowaniu, jak i we własnym organizmie, to pogoń za chłopakiem nie zapowiadała się na szczególnie długą, zwłaszcza, że Finn najprawdopodobniej uda się w stronę znanego lepiej również sobie rejonu miasta. O ile, rzecz jasna, nie wskoczy ponownie na dach, z którego zeskoczył za nią na ulicę, bo wtedy Carmen już na samym początku traciła całą swoją przewagę. Nie wierzyła jednak, by to zrobił podczas swojej tury uciekania, bo zmusiłby jednocześnie Levittoux do zrobienia tego samego w celu prowadzenia efektywnego pościgu, co wiązało się z powiększonym ryzykiem, ponieważ nie była w tym równie dobra, jak on, a chodziło przede wszystkim także o to, by się nawzajem jednak na większe kontuzje nie narażać. Choć niezależnie od okoliczności, nigdy nie dawaliby sobie żadnych forów - w tym sporcie o taryfie ulgowej nie mogło być nawet mowy, w końcu nie na tym to wszystko miało polegać, by było zbyt lekko. Do umieszczenia na jej ciele znaku gildii zostały jej już tylko dwa dni i pewnie głównie dlatego zdecydowała się, wspólnie z Finnem, który, choć miał to już za sobą, to jednak wciąż pamiętał powagę sytuacji i towarzyszący jej stres, na beztroską zabawę w berka po całym mieście. Co prawda pojutrze powinna być z samego rana wypoczęta i psychicznie przygotowana do całej tej śmiesznej ceremonii, ale, po pierwsze, akurat ona miała już swoje własne, wypróbowane sposoby na pozbycie się nadmiernego napięcia, które teraz zresztą w błyskawicznym tempie z niej umykało, a po drugie, za dwa dni i tak z pewnością będzie w świetnej kondycji i jeszcze lepszym humorze, zwłaszcza po wykorzystaniu dzisiejszego dnia, jako szansy na powygłupianie się.

Niedziela, 8 IX X908

Swojemu odbiciu, zaglądającemu z wąskiego paska szkła, znajdującego się w drzwiach wejściowych nie przyglądała się zbyt długo, bo zdawała sobie sprawę, że jest mocno spóźniona po tym, jak krótkie wyjście na zakupy w celu sprawienia sobie jedynie kilku par pończoch, przeciągnęło się aż do późnego wieczora między innymi poprzez odwiedzenie placu zabaw, gdzie dodatkowo, mimo, że z Freyem doskonale zdawali sobie sprawę z zajmowania cały czas huśtawek dzieciom, dla których zasadniczo zostały one tam przecież umieszczone, bezczelnie spędzili prawie dwie godziny, omawiając przy tym możliwe scenariusze jutrzejszych, jakże ważnych z perspektywy Carmen wydarzeń, mających odbić się echem na całym jej życiu. Chłopak nie był w zbyt dobrym humorze i nie wyglądało na to, by parszywie się czuł jedynie ze względu na to, że kolejna osoba, jak uważał, prawie bez namysłu i zastanowienia nad ostateczną decyzją, dołączała do grona łowców magów, którego to sam przecież od jakiegoś czasu był częścią. Nie tylko w czasie poruszania tematu otrzymywania znaku gildii, ale podczas całej, przedłużanej i ciągniętej celowo przez pannę Levittoux rozmowę, udzielał najczęściej zdawkowych odpowiedzi, nagminnie nawet nie siląc się na złożenie pełnego, gramatycznego zdania, a do tego wszystkiego wyglądał, jakby myślami był zupełnie gdzie indziej, potrafiąc zamyślić się i z ponurym wyrazem twarzy odciąć od rzeczywistości do tego stopnia, że dziewczyna była zmuszona kilkukrotnie wydzierać go z letargu przez zwracanie mu uwagi, machanie ręką przed oczami, szturchanie, czy potrząsanie, a mimo tego nadal nieszczególnie nadawał się do funkcjonowania. W pewnym momencie wreszcie jako tako doszedł do siebie, tłumacząc się zmęczeniem po dniu wczorajszym i sennością, ale jego mimika i głos nadal zdradzały, że coś jest nie tak, że ma złe przeczucia, albo doszły do niego jakieś niepokojące wieści. Dostrzegała to nie tylko teraz, gdy każdy przechodzący obok nich osobnik byłby zdolny zobaczyć jego strapienie - to było przede wszystkim w najprostszych gestach, w drżeniu niektórych sylab, a także w innych drobnostkach, które od dawna potrafili w sobie zauważać. Zbyt długo się znali, by mogli przed sobą cokolwiek kryć, bo, rzecz jasna, rozpoznawanie z łatwością swoich stanów i emocji działało z równym powodzeniem w obie strony. Nie zadawała jednak pytań, co też wiązało się z nabytą świadomością, że to i tak niczego w tej chwili nie wniesie. Mogli znać się na wylot, mogli wiedzieć o sobie wszystko i dogadywać się bez słów, ale wciąż istniały tematy, których po prostu się nie drążyło, które się przemilczało, pomijało i jak najszybciej zastępowało czymś innym, by nie popaść w stagnację i uciec marazmowi. Zamiast więc pytań, padło na cukiernię, gdzie Lindberg, co było dość przewidywalne, nieco się rozpogodził, nie zagrażając już posępnymi opadami śniegu z piętrzącej się nad nim chmury zmartwień, kiedy pochłonęli wspólnie zatrważający ilością kalorii kawałek wuzetki. Po wyjściu, większą część wieczoru spędzili w milczeniu, co było idealnym rozwiązaniem dla obojga. Każde miało swoje problemy, zmartwienia i wątpliwości, z którymi, przynajmniej w myślach, woleli sobie poradzić sami. Jednocześnie jednak, mając siebie nawzajem obok, czuli wsparcie wystarczające do tego, by nie tylko od każdego problemu uciec, ale również całkiem śmiało im wszystkim sprostać. Oparcie, jakie w sobie mieli od jakiegoś czasu, było niepowtarzalne. Na koniec spotkania, to ona, dla odmiany, odprowadziła Lindberga do domu, nawet nie dla tego, że czuła, że mógł tego potrzebować. Ona sama chciała jeszcze się przespacerować, aby mieć więcej czasu dla siebie, więc, nieco egoistycznie, wymusiła to na nim, by wreszcie, po telegraficznym pożegnaniu, nie spiesząc się, wrócić do siebie. Nie obiecywała, że będzie wcześnie, po prostu wyszła, niby tylko na chwilę, ale skończyło się, jak zwykle, czego można było się przecież ze śmiałością spodziewać, bo wiecznie coś jej wypadało, albo akurat coś sobie wymyśliła i musiała to natychmiast wykonać. W międzyczasie, gdy była pochłonięta myślami, zdążyła nieprzytomnie przekręcić kluczyk w otwartych już wcześniej drzwiach wejściowych i wkroczyć do środka. Zdjęła buty i płaszcz, po czym krzyknęła, przed udaniem się do kuchni, że już wróciła i oczekiwała na to, aż rodzicielka jej odpowie i szybko zejdzie do niej, znając życie usiłując zrodzić w córce wyrzuty sumienia za niedotrzymywanie słowa i pewnie wymuszając na Carmen obietnicę wykonywania przez jakiś czas większej części obowiązków domowych. Ku jej zdziwieniu, nie było jednak żadnego odzewu, czy reakcji, być może więc mama zdecydowała się akurat tego dnia na spędzenie wieczoru poza domem i recydywistka, której przewinienie tym razem uszło płazem miała dzięki temu całą jego powierzchnię dla siebie, mogąc robić, co tylko jej się podobało, bez przyjmowania od nikogo uwag o tym, co jest karygodne lub czego po prostu nie wypadało robić 'dorosłej' dziewczynie, jakby wiek szesnastu lat, który jutro osiągała, przesądzał o tym, że musiała stać się poważną, drętwą, jak reszta obywatelką, która nie mogła w żaden sposób różnić się na tle innych, a tym bardziej w jakikolwiek sposób, dziecinnie się zachowywać. Zwykle jednak, rodzicielka zapowiadała takie wyjścia odpowiednio wcześniej, bo sama dowiadywała się o nich parę dni, bądź i nawet tydzień przed czasem. Po umyciu rąk, dziewczyna, zanim poszła do siebie, odgrzała sobie znalezione w lodówce spaghetti, które uznała bezwstydnie za spóźnioną kolację. Nie myła naczyń, zostawiając je na później - w końcu miała jeszcze na to cały, wciąż jeszcze długi wieczór. W drodze na górę, zabrała jeszcze z salonu lusterko, między innymi w celu późniejszych ćwiczeń mimiki i włożyła je do tylnej kieszeni spodni, aby nie dać się od razu skusić przyglądaniu wielkim, szafirowym oczyskom, które to, zamknięte w płaskim kawałku szkła, niemal stale ją obserwowały. Przeszła kilka schodków, by na kolejnych stopniach ujrzeć pojedyncze, czerwone kropki. Po niewielkiej przerwie, pojawiły się kolejne, coraz rozleglejsze i o bardziej nieregularnych kształtach. Młoda Levittoux doskonale zdawała sobie sprawę, że nie mogą to być niestety ślady niezgrabnie niesionego barszczu. Pobiegła za intensyfikującymi się ilościami szkarłatu, który przed wejściem do gościnnej sypialni pojawił się również, jako odbicia dłoni, na ścianie oraz klamce. Z niespotykanym nawet u niej pośpiechem, trafiła pod drzwi i bez wahania pchnęła je do środka pomieszczenia, spodziewając się najgorszego. W pokoju natomiast było pusto, a w dodatku zimno, przez otwarte na oścież okno. Ślady obfitego krwawienia kończyły się już przy łóżku, nie było natomiast poszlak sugerujących ucieczkę poprzez wyskoczenie z piętra, ale zauważony przez dziewczynę, pomięty zwitek pergaminu musiał pod parapetem przecież w jakiś sposób się znaleźć. Drżąca brunetka bez zastanowienia zabrała go ze sobą, wsuwając do wolnej, drugiej z tylnych kieszeni spodni, zanim pospiesznie wydostała się z sypialni na zewnątrz, czytanie zawartości notki odkładając na później. Zdecydowanie dużo później.

Poniedziałek, 9 IX X908

Tej nocy, charakterystyczna i nieustannie rozwiana w biegu czupryna, mignęła w każdym oknie, każdej witrynie i każdych ciekawskich źrenicach osób, które mimo późnej pory nadal nie były specjalnie zainteresowane snem, preferując obserwację zza szyb nocnego, niezwykle pustego dziś miasta. Zawsze, gdy tylko Levittoux wychynęła z nieznanych nikomu zaułków, momentalnie czuła się obserwowana, śledzona wzrokiem, wręcz monitorowana - nie tylko zresztą przez ludzi zdziwionych jej niecodziennym zachowaniem, związanym z chaotycznym bieganiem między alejkami w środku nocy, gdy dodatkowo rzadka mgła unosiła się ponad chodnikami, ale prawdopodobnie również przez kogoś 'z góry', przy czym z pewnością nie odważyłaby się tutaj na oskarżenie o takie zakusy sił wyższych. Przez większość czasu wydawało jej się, że czuła na sobie niemalże bolesne, przeszywające spojrzenie, lecz nie była w stanie ani potwierdzić, ani podważyć prawidłowości tego przekonania, może ze względu na skupianie zmysłów na zupełnie innych poszukiwaniach, a może przez piętrzące się, coraz bardziej ponure wyobrażenia, sprawiające, że stopniowo traciła do wszystkiego głowę, czego, niestety dosyć nieudolnie, ponad wszystko usiłowała teraz uniknąć. Niemal całą noc poświęciła na poszukiwania we wszystkich miejscach, które przychodziły jej na myśl (a z okolicą była przecież naprawdę dobrze zaznajomiona), jakichkolwiek śladów, które przyniosłyby choć iskierkę nadziei, a jeżeli nie byłoby to możliwe, to choć dałyby ostateczne rozwiązanie zagadki w postaci rozwiania wszelkich rodzących się w wyobraźni dziewczyny pytań i wątpliwości. Niestety, choć poniekąd też na szczęście, nie udało jej się znaleźć absolutnie niczego, nie spotkała się nawet z najmniejszą wskazówką, mimo, że jej upór nie znikał nawet na moment, a zmęczenie nie miało czelności pojawić się ani w mięśniach, ani pod oczami. Przez cały ten czas, trzymając zaciśnięte w dłoni lusterko, przetrząsnęła każdą podejrzaną lokalizację, zajrzała w każdy kąt i każdy, tak znany, jak i znany nieco mniej, zaułek. Nigdzie nie było nawet strzępku wspomnienia czyjejkolwiek egzystencji, a co dopiero cienia obecności Isabel. Z każdą chwilą coraz bardziej drżąca, czy to z nerwów, czy z zimna, nastolatka nie natrafiła również na nic wyjątkowego, oprócz wymownej ciszy i pustki, które sprawiały wrażenie, jakby w jednym momencie, wraz z jej rozpaczliwym ruszeniem na poszukiwania, cała okolica opustoszała i zamilkła, pozostawiając za sobą jedynie wpatrujące się w jedyną obecną teraz na ulicach miasta osobę, najczęściej pełne podejrzeń spojrzenia. Bardziej z braku dalszych inicjatyw, niż z rezygnacji, stanęła wreszcie na moment w miejscu i wtedy właśnie poczuła swego rodzaju tknięcie, że powinna wrócić choć na moment do punktu wyjścia - być może przez natchnienie naturalnie objawiającą się w krytycznych sytuacjach intuicją. Nie widząc innej możliwości, nie zwalniając już później nawet po to, by zaczerpnąć odrobinę powietrza, pobiegła za echem wewnętrznego głosu bez dalszego wahania, ale i tak, w okolicach domu, do którego przecież ledwo zdążyła się niedawno wprowadzić, znalazła się dopiero wraz ze wschodem słońca, jeżeli nawet nie chwilę po nim. Na miejscu przeżyła ciężki i brutalny szok, gdy na drzwiach wejściowych ujrzała, jak się okazało, gdy nieco oprzytomniała po kilku sekundach zupełnego otumanienia i osłupienia, dwa zatrważające, wstrząsające sercem nekrologi, do których nie miała pojęcia, w jaki sposób powinna się odnieść. Dotyczyły jej matki, Isabel Levittoux, a także jej samej - Carmen. Nie miała odwagi ich zedrzeć, a czytając szczegóły, dowiedziała się o uroczystości pogrzebowej, odbywającej się... za niecałą godzinę. Podniosła wzrok ponad kartki, oczami szukając swojego odbicia w szkle znajdującym się w drzwiach. Momentalnie odskoczyła z wymalowanym na twarzy przerażeniem, jakby dotychczasowe przeżycia nie były jeszcze wystarczającą do stracenia panowania nad sobą dawką doznań. Instynktownie spojrzała w ciągle kurczowo trzymane w swej dłoni lusterko, by ujrzeć twarz dziewczyny o zupełnie białych włosach i oczach w kolorze wyjątkowo jasnego błękitu. Zbladłaby jeszcze bardziej, gdyby jej twarz już wcześniej nie nawiązywała kolorem do nowej fryzury. Odwróciła się od zamieszkiwanego od kilku tygodni aż po dziś dzień budynku i pospiesznie oddaliła się od niego, choć już nie biegła, by nie zwracać na siebie jeszcze większej uwagi, niż udało się jej to osiągnąć dotychczas. Klepsydry w obu przypadkach mówiły o tragicznej śmierci podczas włamania do domu, a Carmen klepała świeckie modlitwy o to, aby obie, a nie póki co tylko ta dotycząca jej samej, okazały się mylne w swoim przekazie. Póki co jednak, musiała pójść za jedynym posiadanym dotychczas tropem, a więc jej następne kroki powinny zostać skierowane na cmentarz, ponieważ wyznaczona pora nieuchronnie się zbliżała. Dziewczyna musiała w najbliższych swych działaniach zachować szczególną ostrożność, bo jej wcześniejsze podejrzenia o bycie obserwowaną mogły rzeczywiście mieć jak najbardziej logiczne podstawy, a nawet aktualnie swój ciąg dalszy, którego nie była jeszcze świadoma. Z jakiegoś powodu nastąpiło znaczne przeoczenie, świadczące o niedawnych zgonach dwóch przedstawicielek rodu Levittoux, co jednak nie musiało wcale należeć do przypadków, jeżeli rzeczywiście w nieodgadnionych jeszcze przez dziewczynę okolicznościach, obie stały się czyimś celem. Celem dla kogoś, kto mógł dysponować naprawdę ogromną władzą, jeśli wziąć pod uwagę, że ziejące groźbami druki mogły zostać umieszczone tutaj celowo i z namysłem. Zadrżała, przerażona na samą myśl o tajemnicach, o których mogła nie mieć pojęcia i o możliwych w związku z nimi zmowami oraz ich konsekwencjami, choć nie była typem człowieka, który wierzyłby w tego rodzaju teorie spisków i knowań przeciwko czemukolwiek bez niepodważalnych dowodów, więc pospiesznie odrzuciła tę zatruwającą umysł myśl na bok, po czym zniknęła z oczu pojawiających się stopniowo na ulicy przechodniów oraz ludzi obserwujących ją z okien, skręcając w znajdujące się najbliżej niej wąskie przejście między budynkami, przez wszystkich uznane za prowadzące donikąd. Potrzebowała teraz płaszcza z kapturem, ponieważ, mimo zagadkowo zaistniałej, znaczącej zmiany w wyglądzie, nadal mogłaby przez parę osób zostać rozpoznana, z tego względu, że jej rysy twarzy wciąż jednak pozostawały bez modyfikacji. Trochę chyba również przydałby się jej dlatego, że po prostu zmarzła po całej wrześniowej nocy spędzonej na zewnątrz, ale tym akurat przejmowała się w znacznie mniejszym stopniu, jeśli w ogóle. Mimo tymczasowego porzucenia części odczuć, jak zmęczenie, czy chłód, wciąż zdawała sobie sprawę, że jeszcze przez jakiś czas będzie musiała myśleć możliwie jak najbardziej trzeźwo, a trwająca właśnie pierwsza doba po trudnych przeżyciach była ku temu najodpowiedniejsza, bo jeszcze tak naprawdę nie doszły do niej echa wieczornych wydarzeń, które, gdy już uderzą, mogą okazać się niezwykle destrukcyjnymi w swych skutkach. Ponownie uniosła matczyne lusterko na wysokość oczu. Część ramki zniknęła bez ostrzeżenia, czyniąc z przedmiotu służącego do poprawy wyglądu i nastroju, ostre, jakże pełne niespodzianek narzędzie. Dziewczyna, choć wcale tego nie planowała, korzystając z okazji, mocno zamachnęła się obiektem kilkukrotnie, a hodowane z taką dbałością pukle opadały w rytm jej kolejnych cięć na ziemię. Po wszystkim, a zajęło to zaledwie kilka ciężkich oddechów, wplotła palce w sięgające teraz ramion włosy i spojrzała na podłoże. Kocie łby pokryte były ofiarami jej decyzji sprzed chwili, choć, ku jej zdziwieniu, miały one kolor czarny z granatowymi refleksami, a zatem ani nie biały, którym wyróżniała się od kilku minut, ani nie matowo czarny, który ją charakteryzował przecież przez wiele lat. To nie był jednak ani czas, ani miejsce na przejmowanie się pigmentami i psikusami, które sprawiała jej melanina. Wyszła na główną ulicę za pomocą przejścia znanego prawdopodobnie jedynie dwóm osobom w tym mieście. Ignorując spojrzenia, które poszukiwały teraz w swej pamięci osoby o jej wyglądzie, weszła do sklepu i, starając się zachować anonimowość, mimo całej sytuacji i podejrzeń, wyszła z niego w zakupionym, czarnym płaszczu, który dość mocno mógł przypominać ten, który był przez nią noszony poprzednio, a więc jeszcze zaledwie wczoraj, gdyby nie liczyć obecności koniecznego teraz kaptura. Wybór był instynktowny, a oferta sklepu niezbyt szeroka, zatem nie udało jej się oszukać teraz nawet własnego gustu. Za rogiem znów zniknęła w jakimś zaułku, już w nim naciągając na głowę wymarzone na tę chwilę nakrycie głowy. Następnie widziana była dopiero, jako jedna z tajemniczych postaci śledzących przebieg podwójnego pochówku, a samego jej wejścia na cmentarz nikt nie był w stanie zarejestrować. Stała w milczeniu, nie okazując większych emocji, na twarzy mając wymalowaną taką pustkę, jaka niedługo miała zagościć w jej sercu. Nie spodziewała się, że się czegoś tutaj dowie. To byłoby zbyt proste i pozbawione logiki. Nie będzie miała okazji na poznanie prawdy. Nie w tym mieście. I na pewno nie w takiej sytuacji. Oficjalnie zginęła wraz z matką podczas włamania, nie dożywając nawet szesnastego roku życia i nigdy nie trafiając na ceremonię otrzymania znaku gildii. Rzeczywisty stan rzeczy przedstawiał się w ten sposób, że z nadal mocno bijącym sercem, obserwowała teraz własny pogrzeb, a jej matka zaginęła, pozostawiając za sobą jedynie urywające się ślady krwi. Na samą myśl o tych wydarzeniach, łzy podeszły jej do oczu, lecz nawet, mimo posępności miejsca, w którym przebywała, nie miała zamiaru poddać się chandrze, szybko decydując się na podjęcie trudu przepędzenia koszmarnych myśli.
- Uciekaj stąd. - usłyszała znajomy szept, skierowany do jej lewego ucha. Szept, który zawsze był kojący i pełen ciepła. Szept, który dotychczas kojarzył się jej tylko z zaufaniem i wsparciem. Szept, który dzisiejszego dnia stał się całkowicie inny. Na ułamek sekundy odwróciła twarz i to jej w zupełności wystarczyło. Jak się okazało, na pogrzebie jednak dowiedziała się wszystkiego, czego potrzebowała. Z pojedynczych słów wyczytała ból z wczoraj, który aktualnie się zwielokrotnił, pogłębił, rozplenił po całym ciele. Rzekome złe przeczucia ziściły się, ujawniając, że nie być może były wcale jedynie przeczuciami. Domniemane przykre wieści stały się straszliwą, rażącą, intensywnie żywą prawdą, której niemalże można było dotknąć. Całą resztę opowiedziało jedno spojrzenie - wczorajsze zdarzenie nie było przypadkiem, tak, jak wystawione na drzwiach dwa nekrologi. To wszystko po prostu prawa rządzące organizacją Prometheus. Wiedziała już, że nigdy nie pozna napastników, którzy stali za atakiem na jej matkę. Doskonale również zdawała sobie sprawę, kogo teraz oddelegowali do pozbycia się młodszej z rodu Levittoux. Stojącemu za nią rówieśnikowi wymierzyła piekielnie siarczysty policzek, przepełniony mrożącym serce chłodem. Nie spotkała się z protestem, a po uderzeniu, wydawało jej się, że w oczach chłopaka dało się odnaleźć coś jeszcze, czego pierwotnie, zaślepiona nienawiścią i bólem nie była w stanie dostrzec. Być może był to wstyd, tęsknota, czy też niemożność pogodzenia się z rzeczywistością - tym razem, wyjątkowo, nie mogła mieć tej pewności. Nie miało to jednak żadnego znaczenia, bo skoro nigdy więcej mieli się już nie zobaczyć, nie zaprzątała sobie głowy przemyśleniami na temat jego odczuć i roli we wczorajszych wydarzeniach. Nie było to dla niej możliwe po tym, czego doświadczyła. Może któregoś dnia zmieniłaby swoje nastawienie, jednak ten dzień miał nigdy nie nadejść, skoro ich drogi rozchodziły się już w tej chwili. Pospiesznie skorzystała bowiem z ostatniej usłyszanej od Lindberga rady i, zanim ten zdążył odzyskać jasność umysłu, ostatecznie zniknęła mu z oczu. Już wcześniej nie widziała innego wyjścia, ale teraz uciekała, znając wiele z potrzebnych jej odpowiedzi. Posiadając środki na utrzymanie, płaszcz, tajemnicze lusterko i przeszłość, której zagadki wciąż miała zamiar poznać, ruszyła z Gallowstone, jako pasażer na gapę w wozie z dobytkiem jednego z obwoźnych handlarzy szlachetnych kamieni, którego szybko wyparła tutejsza, silna i zaufana wśród mieszkańców mieściny konkurencja, w związku z czym, podobnie zresztą, jak zamknięta teraz wśród swoich myśli Carmen, która nadal nie zamierzała oddawać się paraliżującej żałobie, nigdy więcej nie planował w te okolice wracać. Nie miała pojęcia, dokąd mogła trafić, ale zdawała sobie doskonale sprawę z tego, że wszędzie byłoby zarówno lepiej, jak i bezpieczniej, niż w miejscu, z którego aktualnie uchodziła. Nie przyszło jej nawet do głowy, że stworzona przez nią na szybko teoria zawiedzionego utargiem handlarza, udającego się w daleką podróż w kierunku nieznanych jej krain mogła nie do końca być zgodna z prawdą.

Wtorek, 10 IX X908

Tuż po ocknięciu się, ujrzała na łóżku leżącą obok siebie dziewczynę o krótkich, kruczoczarnych włosach i zaspanych, fioletowych oczach, z którą niezamierzenie wymieniały się aktualnie odrobinę nieprzytomnymi spojrzeniami. Gdy podniosła się, aby usiąść, szybko okazało się, że było to po prostu jej odbicie, przyglądające się jej z ogromnego, zajmującego prawie całą ścianę lustra. Uśmiechnęła się nieznacznie na myśl o tym odkryciu, bo jak zwykle została oszukana przez zabarwioną srebrem taflę szkła. Była więc tutaj sama, choć nie miała pojęcia, gdzie się właściwie znajdowała. Nie mogła sobie przypomnieć zbyt wiele z ostatnich wydarzeń, a prawdę mówiąc, to na ten moment nie pamiętała zupełnie niczego. Czuła się odrętwiała i przygaszona, a jej zmysły były jakieś wyciszone, stępione. Powoli zaczynała podejrzewać zastosowanie na niej jakichś środków uspokajających, bądź nasennych, o ile nie obu naraz. Obojętnie rozejrzała się po pokoju i zauważyła, oprócz, rzecz jasna, genialnego lustra, ładną, okrągłą lampę sufitową, białe ściany z wymalowanymi na nich gdzieniegdzie dużymi, czarnymi puzzlami, śliczną pościel w biało-czarne paski, biały, puchaty dywanik i niski stolik, szafkę z szufladami oraz wielką trzydrzwiową szafę z kolejnym lustrem, wykonane z jasnego drewna, może buku. Ktoś, kto położył ją w tym pokoju, doskonale znał jej gust i trafił w niego bezbłędnie, przez co powoli zaczęła nabierać kolejnych podejrzeń. Świadomość bycia pod wpływem oddziaływania leków i wiedza, że została umieszczona w tym pokoju przez kogoś, kto znał ją na wylot nie napawały entuzjazmem. Z trudem wstała z łóżka, zbliżając się do ściany prostopadłej do tej, na której umieszczone zostało lustro, gdzie znajdowało się prawie równie wielkie, jak wspomniane zwierciadło, dwuskrzydłowe okno z widokiem na znaczną część miasta rozciągającego się kilkadziesiąt metrów poniżej miejsca, z którego je teraz podziwiała. Obrazek malujący się przed jej oczami niewiele jej jednak był w stanie powiedzieć, więc swoją uwagę na dłużej postanowiła poświęcić dopiero znajdującym się na małym stoliczku przy łóżku, ułożonym obok lampki nocnej przedmiotom - drobnym, srebrnym kolczykom z wprawionymi w nie ametystami i bransoletce z zawieszkami, które leżały na jakiejś notce, prawdopodobnie tej, którą zmiętą trzymała od bliżej nieokreślonego czasu w kieszeni spodni. Obok nich oczywiście spoczywało tajemnicze, trójkątne lusterko. Wszystkie te przedmioty, łącznie z biżuterią, zaczynały sprawiać, że wracały do niej pierwsze wspomnienia z ostatnich dni. W pewnym momencie, gdy niedawne przeżycia wróciły do jej świadomości ze spotęgowaną siłą, tylko znajdująca się w jej organizmie duża ilość uspokajającej chemii była w stanie powstrzymać ją przed histerycznym wybuchem płaczu, co było jej na rękę nie tylko dlatego, że wciąż, zachowując chłodną głowę, miała możliwość przeprowadzania prostych procesów myślowych, ale również przez to, że nie miała pojęcia, co mogło znajdować się za drzwiami albo w pokoju obok i wolała nie prowokować żadnych reakcji, skoro nie wiedziała, jakiego rodzaju towarzystwa miałaby się spodziewać. Nie była właściwie w stanie określić, w którym momencie jazdy, będąc ukrytą i mocno niepożądaną dla podróżującego kupca, zasnęła, ani jak długo mogła spać. Na pewno aktualnie było na zewnątrz jasno, a pozycja słońca sugerowała, że dopiero niedawno wzeszło. Bez wątpienia, sen przyszedł nagle i musiał ją zaskoczyć, bo nigdy nie byłaby w stanie zasnąć, kiedy tak wiele działo się zarówno wokół niej, jak i w jej głowie. Jak dotąd, próby inicjowania poszukiwań odpowiedzi na własną rękę okazały się zbyteczne i bezowocne, stąd pojawiła się w jej głowie myśl, by zapoznać się z zawartością lekceważonej dotychczas kartki. Być może powinna zrezygnować z lektury i najpierw dowiedzieć się, gdzie się znajdowała, z jakiego powodu, oraz kto ją tutaj sprowadził. Z drugiej strony, równie dobrze mogła przeczytać tę notkę, gdy tylko wzięła ją do ręki, zamiast odbierania jej na samym początku wszelkich szans na to, że mogłaby się w jakimkolwiek stopniu przydać i schowania jej bez namysłu do tylnej kieszeni. Początkowo marszczyła brwi, śledząc kolejne wyrazy i bynajmniej nie było to spowodowane jej trudnością z wykorzystywaniem umiejętności czytania w praktyce. Wbrew jednak pierwszemu wrażeniu, że nic z niej z pewnością nie wyniknie, skoro nie dość, że została zmięta i prawie wyrzucona przez okno, to jeszcze teraz wywoływała nad głową dziewczyny pojawianie się kolejnych znaków zapytania, okazała się zawierać mnóstwo odpowiedzi na dręczące Carmen pytania. Wraz z kolejnymi zdaniami, na twarz dziewczyny powoli wstępował delikatny uśmiech, a ostatnie wyrazy przeczytała już ze łzami w oczach. Łzami, dla odmiany, po kilku najcięższych w jej życiu dniach, szczęścia. Widocznie, oprócz targającego nią wcześniej przygnębienia, efekty środków użytych na niej też przestały się już utrzymywać. Odłożyła kartkę i wyszła z pokoju, wcześniej zakładając kolczyki i bransoletkę, a także zabierając ze sobą lusterko. Wszelkie odpowiedzi, jak się okazało, były od początku na wyciągnięcie ręki, choć z pewnością miała je poznać dopiero teraz. Ktoś, kto napisał tych parę akapitów, sprowadził ją tutaj i urządził pokój z pewnością znał ją aż za dobrze, przewidując dotychczas wręcz bezbłędnie jej kolejne reakcje i teraz ani chybi stał przy drzwiach z ich drugiej strony. Tylko, czy osoba ta spodziewała się, że dziewczyna wybiegnie ze swojego nowego pokoju, aby ją wyściskać?

Piątek, 9 IX X911

Genetycznie odziedziczony po matce fioletowy odcień tęczówek, którego przez wiele lat mocno jej zazdrościła, nie zdając sobie sprawy, że sama przed sobą, ciągle nieświadomie ukrywała go za pomocą podtrzymującego się na niej od wczesnego dzieciństwa zaklęcia wpływającego na wygląd zewnętrzny, błyszczał teraz wesoło, gdy spoglądała w lustro, przypatrując się otrzymanemu przed kilkoma godzinami, widniejącemu na lewej łopatce, czarnemu znakowi swej nowej gildii. Podobna historia, bo również związana z właściwościami Mecti, czyli jej magicznego lusterka, które, jak się okazało, miało nawet swoją nazwę i wcale nie było artefaktem, czyli autorskim wytworem organizacji Prometheus, a rzeczywiście zaczarowanym przedmiotem o zdolnościach manipulowania aparycją zarówno na życzenie użytkownika, jak i kiedy ten nie najlepiej panował akurat nad emocjami, zdarzyła się także w przypadku jej wcześniej matowo czarnych, faktycznie, jak się okazało, nienaturalnych włosów, co do których miała od zawsze mieszane uczucia, będąc w rozterce, czy czuć w związku z nimi dumę, czy wstyd, skoro w znacznym stopniu wyróżniały ją na tle reszty społeczności miasteczka. Po wydarzeniach sprzed trzech lat, gdy obudziła się w nieznanym sobie wtedy jeszcze pokoju, jej czupryna stała się dokładnie taka, jak pamiętne, poświęcone w pewnej ciemnej uliczce ofiary jej nagłej decyzji o skróceniu fryzury w celu uzyskania mniejszej rozpoznawalności - prawdopodobnie ich ścięcie pozbawiło je wtedy efektu nałożonego przez zaklęcie. O ile jednak, oddzielenie od źródła oddziaływania czaru było całkiem logicznym powodem do ujawnienia się naturalnego koloru, o tyle przecież nagła zmiana sprzed trzech lat do teraz pozostawała dla młodej Levittoux tajemnicą i prawdopodobnie nie miało się zbyt szybko znaleźć na nią wyjaśnienie - być może Carmen nabyła wreszcie, równie nieświadomie, umiejętność kontrolowania mocy zwierciadełka i decydowania, kiedy miało mieć na nią wpływ oraz jaki, do czego wcześniej nie miała nawet najbardziej ograniczonego dostępu, ani też najmniejszego prawa głosu, gdyż to jedynie samo Mecti mogło decydować o tym, jak jego posiadacz powinien wyglądać. Oczywiście była to jedynie wysnuta po latach, wątła w swych podstawach teoria, którą, tak, jak zresztą samą tajemnicą nagłego przełomu, dziewczyna dawno przestała sobie zawracać głowę.
W ciągu tych trzech lat nie przybył jej nawet centymetr wzrostu, została zatem przy swoich pięciu stopach i czterech calach wysokości, co jednak nie oznaczało wcale, że w żadnym stopniu się nie zmieniła, nawet, jeśli oznak dorastania nie było zbyt wiele. Oprócz włosów do ramion, które cyklicznie szły pod nóż profesjonalistki, dbającej o to, by wyglądały one stosownie na każdym większym wydarzeniu, Carmen zaczęła cechować się nieco bardziej kobiecymi zarówno rysami twarzy, jak i kształtami, które stopniowo coraz mniej przypominały takie, którymi szczyciłaby się anorektyczka z atletycznymi zapędami. W jej przybocznym lusterku, gdy w nie spoglądała, nadal odbijały się te same, duże, ametystowe oczy, spoglądające zza długaśnych, ciemnych rzęs, krótki, ostry nosek i błyszczące, białe ząbki. Na nieco bardziej, niż kiedyś, krągłych biodrach, wciąż pozostawał jej nawyk noszenia raczej spodni niż spódnic. Może natomiast wydoroślała odrobinę, jeśli chodzi o charakter, lecz z pewnością nie w jej gestii leżały ocena tego, jak i możność wypowiedzenia się w tym temacie w jakikolwiek sposób, bo sama na sobie nie miała prawa przecież żadnych gwałtownych zmian uświadczyć. Ale akurat charakteru, w przeciwieństwie na przykład do rozmiaru jej stanika, nie dało się opisać za pomocą jednego, prostego stwierdzenia. Z pewnością był płynny, nieuchwytny, dostosowujący się do środowiska, w jakie trafiał. Charakter głupku, nie rozmiar. Rozmiar 65B. A teraz jedno i drugie zostawiamy, łapy precz. Dziewczyna ubierała się bardzo różnie, choć oczywiście miała swoje ulubione elementy garderoby. Na co dzień, gdy nie było jakiejś specjalnej okazji i pogoda nie skazywała jej na okrycie się płaszczykiem oraz założenie do niego czarnych botków na obcasie, wybierała najwygodniejsze dla niej trampki, wąskie jeansy i najczęściej białe koszulki z wielkimi grafikami z przodu. Kiedy trzeba było się wystroić, wolała zestawy z żakietami od sukienek. Oprócz tego, uwielbiała różne dodatki, choć starała się, mimo wszystko, stosować je z wyczuciem. Biżuteria, ozdoby do włosów, kwiaty, czy sporadycznie również koronki były tymi, na które najczęściej się decydowała. Dawno natomiast to zrezygnowała z cekinów, kokardek i całej reszty przesłodzonych, pretensjonalnych, tandetnych elementów, których nigdy zresztą świadomie nie nosiła. Nie miała zatem zbyt specyficznego gustu. Może oprócz oporu maniaka przy wciskaniu jej ukochanej czerwonej apaszki do większości kreacji, ale to było jej jedyne, całkiem znośne i akceptowalne skrzywienie, z którym zarówno jej, jak i otoczeniu udawało się wytrzymywać. Po jakimś czasie poświęconym, jak zwykle, przyglądaniu się samej sobie, odwróciła wreszcie wzrok od jednego lustra, a drugie odłożyła na mały stolik, biorąc się za to, co sobie wcześniej zaplanowała. Na dzień dzisiejszy przypadał bowiem ostatni wpis w pamiętniku, który zaczęła prowadzić kilka tygodni temu, dotyczący w całości jej życia w Galllowstone, aż do przymusowej przeprowadzki. Chciała w finalnej notce zamieścić rzeczy, o których dowiedziała się po czasie, a które były kluczowe zarówno dla wydarzeń z tamtych dni, jak i dla jej aktualnej sytuacji. Pierwsze pytanie brzmiało jednak, od czego powinna w ogóle zacząć. Po chwili namysłu zaczęła pisać. O tym, że organizacja Prometheus od dłuższego czasu planowała pozbycie się ze swoich szeregów szpiegów i zdrajców. O tym, że w tym niechlubnym gronie znalazła się również Isabel Levittoux, podejrzana o kontakty z magiem, czynnym członkiem Angel Tears imieniem Remy Deschamps, z którym, przed staniem się członkinią gildii, łączyły ją bardzo bliskie relacje. O tym, że dokładne plany, zupełnie przez przypadek, wcale i ani trochę nie podsłuchując, poznał Finn Lindberg, przyjaciel rodziny Levittoux i niezwłocznie ostrzegł jej starszą przedstawicielkę o istniejącym zagrożeniu. W tym momencie notowania, dziewczyna zamyśliła się. Pożegnali się z chłopakiem w okolicznościach tak niesprzyjających i dramatycznych, że nie mogło im to wyjść gorzej. Na jej własnym pogrzebie został przez rzekomą nieboszczkę spoliczkowany. Nienawidziła go wtedy całym sercem, pospiesznie i nierozważnie posądzając chłopaka o zdradę i ślepe podążanie za poleceniami gildii. Dziś to była jedna z niewielu sytuacji z przeszłości, których do teraz żałowała, choć była pewna dwóch rzeczy - że każdemu uda się ułożyć swoje życie bez siebie nawzajem, oraz, że nie będą mieli już okazji spotkać się i pogodzić, co skazywało na funkcjonowanie, aż do następnego, tym razem być może właściwego pochówku, z przypominającymi o sobie częstokroć wyrzutami sumienia. Westchnęła. Oczywiście, że tęskniła. Jednak bez tego rozstania, w jakiej sytuacji by ono nie nastąpiło, nie mogłaby zacząć nowego życia, więc wolała w takich chwilach zadumy nad przeszłością, jak teraz, dobierać do wspominania pozytywne przeżycia związane z Freyem, których przecież mieli po tylu latach całą masę, a większość wciąż uparcie nie znikała z pamięci. Miała nadzieję, że jego podejście po latach stało się zbliżone, że wybaczył zarówno sobie, jak i jej, że nie ma sobie niczego za złe, że potrafi ją pozytywnie wspominać. Wróciła jednak do pisania, nie chcąc bardziej brnąć w ten temat i urywając wcześniejsze rozmyślenia. Atak na rodzinę Levittoux miał nastąpić wieczorem i z jakiegoś powodu, na rano zaplanowano już pogrzeb, co zapowiedziano większości liczących się, wiernych organizacji łowcom. Być może było to związane z ograniczeniem ilości osób, które miały wiedzieć o tych wydarzeniach, by całą sprawę sprawnie móc pomijać i zatuszować w historii zarówno miasta, jak i w aktach członków organizacji. Ich niedawna przeprowadzka również mogła oznaczać ułatwienie sprawy, bo sąsiedzi nie powinni bardzo przeżywać tej straty, a pojawianie się tematu tragedii szybko miało przeminąć. Całość brzmiała, jak zbrodnia doskonała wykonana przez niezawodny, w oficjalnie w żaden sposób niezwiązany z zajściem system. I do dzisiaj wśród elit panuje przekonanie, że wszystko się udało, dzięki czemu nikt z rodziny Levittoux nie jest poszukiwany, a całe zdarzenie zostało dawno zapomniane. Kolejne zapisane wyrazy dotyczyły Isabel - dzięki Finnowi była przygotowana na atak, nie chciała jednak narażać córki na niebezpieczeństwo, więc kazała chłopakowi utrzymać ją jak najdłużej poza domem. Zamach miałby szanse powodzenia, gdyby został wykonany z zaskoczenia. Finalnie skończył się na lekkiej ranie przedramienia u ofiary napaści, dla napastników kończąc się tragicznie. Ale to, co stało się później, przeszło wszelkie oczekiwania Carmen, która niedługo po tym wydarzeniu zjawiła się w domu. Lindberg nie musiał jej przetrzymywać na zewnątrz - sama to robiła, próbując poprawić mu nastrój, bo chłopak nie wyglądał zbyt dobrze, czemu po latach wcale się zresztą nie dziwiła. Pamiętała zobaczenie krwi na schodach i piętrze, znalezienie w sypialni listu i wyskoczenie w przerażeniu przez okno w celu prowadzenia poszukiwań. Nie zauważyła za to ukrytych przy pomocy zdolności matczynego artefaktu zwłok napastników leżących w ich własnej krwi, tuż przy łóżku i nie wiedziała, że po jej wyjściu, efekt zdolności został zdjęty i zastąpiony zmianą wyglądu łowców na aparycję Carmen i Isabel. Po dziś dzień starsza Levittoux żartowała, że przed wyjściem z domu, aby śledzić córkę w jej nocnych eskapadach, musiała jeszcze umyć po niej naczynia. Z perspektywy Prometheusa wyglądało to w ten sposób, że, prawie zgodnie z planem, znaleźli rano zwłoki dwóch kobiet, a napastników prawdopodobnie uznano za tchórzy, których wyrzuty sumienia zmusiły do ucieczki i posłano za nimi listy gończe tuż po tym, jak rozwieszono klepsydry zapowiadające odbywający się niemalże skoro świt pogrzeb. Isabel, udając się do domu Lindbergów, przekazała chłopakowi, oprócz relacji wydarzeń, by ponad wszystko kazał Carmen uciekać z miasta, gdy już spotka ją na cmentarzu podczas posępnych obrzędów. Wtedy też Finn musiał pogodzić się z tym, że będzie to prawdopodobnie rozstanie na zawsze, a przy tym rozstanie szczególnie przykre i bolesne. Na koniec wystarczyło dopisać, że w Gallowstone przebywał tego samego dnia, w szesnaste urodziny panny Levittoux, wpomniany wcześniej Remy Deschamps, czynny członek gildii Angel Tears, posługujący się magią snu, podający się za obwoźnego handlarza kosztownościami w postaci biżuterii i szlachetnych kamieni, którego następnym celem podróży był powrót do Valhali, gdzie nad miastem zdołał wybudować nowy dom dla siebie, swej ukochanej oraz ich córki. Opowieść, jak z bajki, gdyby nie to, że nad bajkami nie roni się łez, głupia dziewucho. Weź się w garść, Carmen! I zostaw już ten pamiętnik. Historia się skończyła. Czas tworzyć nową, by po latach znów mieć o czym pisać.

Ciekawostki

- dawniej, bliska przyjaciółka Finna Lindberga;
- ojciec - mag Angel Tears, matka - ex-członkini Prometheus;
- mieszka z rodziną w Valhali;
- w Gallowstone uznana za tragicznie zmarłą;
- oficjalnie, nie dożyła uroczystości dołączenia do łowców;
- oglądała już własny pogrzeb;
- czasem trzyma się jej czarny humor;
- żartobliwie deklarowana egoseksualistka;
- uzależnienia: lustra, bieganie, herbata, czerwona apaszka.


Ostatnio zmieniony przez Carmen dnia Nie Lis 15, 2015 9:21 pm, w całości zmieniany 20 razy
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Liczba postów : 110
Dołączył/a : 26/10/2015

PisanieTemat: Re: Miss Levittoux   Sob Lis 14, 2015 3:43 am

Haru, Yoś nie stresować mi się tutaj! Nie sprawdzam nic poza zamówionymi błędami ortograficznymi, składniowymi i gramatycznymi.
Do poprawki:
 
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Liczba postów : 180
Dołączył/a : 30/09/2015
Skąd : Krainy Północy

PisanieTemat: Re: Miss Levittoux   Nie Lis 15, 2015 10:55 pm

Akcept.

_________________
Exchanging the white bond
Devoted prayers in one blue night
Winding green seeds fall down
Leaving the bronze one to harvest
Under purple mystery.

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Liczba postów : 65
Dołączył/a : 07/09/2015

PisanieTemat: Re: Miss Levittoux   Pon Lis 16, 2015 10:36 pm

Akceptuje.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://www.yousei.pl/t214-haru-yoshida
Sponsored content


PisanieTemat: Re: Miss Levittoux   

Powrót do góry Go down
 

Miss Levittoux

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Reiven Levittoux
» Miss i Mister SK

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Yousei no Hikari :: Kartoteka :: Karty Postaci-