IndeksIndeks  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 KP Armand Richelieu

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość

avatar
Liczba postów : 9
Dołączył/a : 09/10/2015
Wiek : 25
Skąd : Toruń

PisanieTemat: KP Armand Richelieu   Sob Paź 31, 2015 3:03 pm

Imię: Armand
Pseudonim: Dante
Nazwisko: Richelieu
Pochodzenie: Południe Fiore
Data urodzenia: 861r.
Rasa: Człowiek
Orientacja seksualna: hetero
Przynależność: Neutralny
Kolor znaku gildii: nie dotyczy
Miejsce umieszczenia znaku gildii: nie dotyczy

Wygląd: Armand ma około 1,80 m wzrostu, brązowe włosy z dosyć długą grzywką. Owe włosy, w połączeniu z trójkątną twarzą i szczupłą budową ciała sprawiają, iż ciężko dokładnie odgadnąć wiek chłopaka. Niektórzy mówią, iż wygląda na 16, a niektórzy iż na 24 lata. Oczy Richelieu sprawiają zgoła odmienne wrażenie: tęczówki o barwie przypominającej naraz jasny brąz i czerwień spoglądają na świat z powagą, a czasami nawet rezygnacją, której nie sposób znaleźć w oczach innych nastolatków. Kontrast ten, wprawia niektórych w głębokie zdziwienie. U Armanda próżno szukać ogromnej masy mięśni, nie oznacza to jednak, że jest on chuchrem, które przewróci się od pojedynczego podmuchu wiatru. Wnikliwy obserwator może zauważyć, iż na ciele mężczyzny nie da rady dostrzec żadnej blizny ani innych pamiątek po zranieniach, skaleczeniach czy nieszczęśliwych wypadkach. Jeśli chodzi o ubiór, Richelieu najczęściej nosi proste, acz eleganckie ciuchy. Biała koszula, oraz czarne spodnie i coś przypominającego marynarkę. Pomimo owej wykwintności, ubrania te są wygodne, praktyczne i nie krępują ruchów. Na szyi ma przewiązaną czerwoną chustę. Właściwie to sam nie wie po co. Całokształt sprawia, iż chłopak nie rzuca się specjalnie w oczy gdy jest w mieście. Łatwo mu jest pozostać zwykłą, bezimienną osobą w tłumie ludzi.

Cechy charakterystyczne: Cechą charakterystyczną Armanda Richelieu jest brak jakichkolwiek fizycznych cech charakterystycznych. Chłopak nie ma ani jednej blizny ani innego znamienia na ciele. Rzeczą, która wyróżnia go z tłumu jest jego beznamiętne, czasami wręcz depresyjne spojrzenie oraz specyficzne podejście do świata. Gdyby mamtowdupizm był filozofią, Armand byłby zapewne głównym wyznawcą i głównym myślicielem tego nurtu. Niezwykle ciężko jest sprawić by się czymkolwiek przejął czy zainteresował. Przeważnie podchodzi biernie do otaczającego go świata, nie przejmując się za bardzo tym, co się na tym świecie dzieje.

Charakter: Cichy, małomówny, introwertyk level over 9000. Armanda charakteryzuje również niezachwiany spokój, którego nie jest w stanie zburzyć ani rzeź niewiniątek odbywająca się na jego oczach, ani wzruszające chwile typu: powrót do domu zaginionego syna, o którym wszyscy myśleli, że jest martwy od dawna. Podczas gdy inni ludzi wylewają strumienie łez, lub też zaciskają pięści ze złości, Armandowi nie drgnie nawet powieka. Wiele osób postrzega to jako wielką wadę, jednakże ów niezachwiany spokój zapewnia mu rozwagę, oraz umiejętność krytycznej i logicznej oceny sytuacji, niezależnie od okoliczności. Richelieu jest inteligentny i dobrze wyedukowany. Zna geografię i historię świata, w którym żyje, jak również aktualną sytuację polityczną. Potrafi wykorzystać swój charakter, umiejętności i sytuację by sprawdzić się w wielu oryginalnych jak i również niebezpiecznych sytuacjach. Nie dąży do żadnego celu, przez co można by zarzucić mu, że nie jest ambitny. W przeciwieństwie do większości żyjących ludzi, Armand nie ma w swym życiu celu, ani niczego co chciałby chronić, przez co jego życie jest puste i bezsensowne. Przez to, w niektórych sytuacjach Richelieu jest w stanie zaryzykować więcej niż inni, ponieważ wie, iż tak naprawdę nie ma nic do stracenia.

Historia:
Niemalże wszystkie bajki, historie i opowieści z różnych kręgów kulturowych świata uczą, iż z czarną magią nie warto zadzierać. Po prostu nie opłaca się to na dłuższą metę. Dziwnym trafem, wszyscy znani czarnoksiężnicy, nekromanci i inni adepci tejże sztuki tajemnej nie umierali ze starości, we własnym łożu, w otoczeniu kochającej rodziny. Przeważnie spotykał ich mniej przyjemny koniec z ręki jakiegoś „bohatera”, który chciał zyskać sławę, uwalniając krainę od plagi, kolegi po fachu, który chciał pozbyć się konkurencji, bądź też własnego ucznia, który to chciał w końcu zająć miejsce mistrza. Można by wysnuć nieśmiałą konkluzję, iż czarna magia powoduje raka, choroby serca i szkodzi na zdrowie podobnie jak tytoń czy stalowa klinga wchodząca brzuchem, a wychodząca plecami. Pomimo to, nadal wiele jest osób, które lubią z niej korzystać, podobnie jak wielu jest palaczy tytoniu czy wojowników, których codzienne czynności także nie gwarantują dożycia późnej starości i odebrania upragnionej emerytury. Dziwna jest natura człowieka; instynkt przetrwania z jednej strony broni nas przed wieloma bezpośrednimi niebezpieczeństwami, a z drugiej strony, pozwala nam wykańczać się stopniowo sposobami, które może i na pierwszy rzut oka nie wyglądają szczególnie niebezpiecznie.
Kolejną ciekawą rzeczą, są ludzkie pragnienia. Jeden człowiek oddałby wszystko co ma, a także to czego nie ma by posiąść rzecz, którą pragnie. Mogą być to pieniądze, kobieta, jakiś przedmiot, albo stan. Natomiast drugi człowiek, posiadający tę rzecz, oddałby wszystko co ma byleby tylko się jej pozbyć. W ten sposób, obydwaj wspomniani ludzie żyją w nieszczęściu, podczas gdy razem mogliby mieć wszystko… Ale zanim ta historia przerodzi się w nudny (tak wiem, zaczęliście się nudzić od drugiego zdania) pseudo-traktat o filozofii (filozofem jestem kiepskim), skieruje ją ponownie na właściwe tory. Ponieważ każda historia powtarza pewien stary jak świat schemat, nie będę się wyłamywał i zacznę swoją podobnie…

Dawno dawno temu, za górami, za lasami, w małym domku na skraju lasu, żyła sobie rodzina.

No dobra, może na fakcie nie było to tak dawno: plus-minus 50 lat to może i dużo dla niektórych, ale jakby na to patrzeć z innej perspektywy, nie minęło kilka wieków od tamtej pory. Owe góry też były zmyślone, dodałem je tylko dlatego, bo fajnie brzmiały. Lasy nie powinny nikogo dziwić, wszak opisuję tu Południowe Fiore. Natomiast domek, o którym wspominałem, nie był taki znowu mały, wszak rodzina w nim mieszkająca była całkiem bogata.

Domek, a właściwie dworek, należał do rodziny Richelieu składającej się z (ale niespodzianka…) ojca, matki i syna. Rodzinka była całkiem zamożna; ojciec, głowa rodziny, podobnie jak wcześniej jego ojciec, zajmował się handlem, przez co dorobił się małej fortuny i mógł pozwolić sobie na wybudowanie własnego, wygodnego gniazda. Stać go było także na to, by zapewnić synowi solidną edukację. Gdy tylko Armand Richelieu (bo tak nazywał się pierworodny) ukończył 10 rok życia, został wysłany do instytucji, która była ni to gildią, ni uniwersytetem. Dom Tysiąca Słońc, tak bowiem nazywała się owa placówka, był czymś w rodzaju małej, nieoficjalnej gildii-szkoły, której celem była zarówno edukacja młodzieży jak również odkrywanie nowych zastosowań magii. Rzecz jasna, za miejsce w Domu trzeba było sporo zapłacić, ale rodzina Armanda nie szczędziła złota na jego edukację.
Tak więc, Armand rozpoczął naukę w Domu Tysiąca Słońc. Nie był najlepszym studentem, lecz radził sobie całkiem nieźle, niektórzy z nauczycieli twierdzili nawet, że ma talent. Chłopak uwielbiał książki i dosyć szybko wyspecjalizował się w starożytnych runach i językach. Inteligencja i wrodzona ciekawość przysporzyła mu wielu przyjaciół jak i wrogów na terenie uczelni. Po około 5 latach nauki, Armand zaczął odnosić wrażenie, iż nauczyciele nie mówią im wszystkiego. W książkach, które pochłaniał, natykał się od czasu do czasu na opisy potężnych i dziwnych magii i rytuałów, o których żaden z profesorów nie wspomniał ani słowem podczas długich wykładów. Intrygowało go to i ciekawiło. A także trochę przerażało, lecz ciekawość i głód wiedzy był silniejszy i szybko przezwyciężył strach. Richelieu zaczął eksperymentować potajemnie, próbując odtworzyć zaklęcia i obrzędy, o których czytał. Kończyło się to różnie: czasami sukcesem, częściej porażką, a czasami coś szło nie po jego myśli, zaklęcie wymykało się spod kontroli i chyba tylko dzięki szczęściu i talentowi chłopak wychodził z tego cało. Podzielił się niektórymi swoimi odkryciami z najbardziej utalentowanymi przyjaciółmi i po jakimś czasie rozpoczął wraz z nimi wspólne, potajemne studia nad zakazanymi rodzajami magii. Nie różniły się one zbytnio od tego co wcześniej robił sam; jedyna różnica polegała na tym, iż teraz było ich kilku, a „co kilka głów to nie jedna”, więc badania szły sprawniej. Po jakimś czasie, Armand wpadł na trop czegoś, co jedna z ksiąg nazwała Magią Śmierci. Po dokładniejszym zbadaniu tematu okazało się, iż owa Magia Śmierci jest „siłą najstrasznyjejszą, co żywą materię w ciało obróci. Azaliż nie było męża, który okiełznał by ją, gdyż wezwanie jej potęgi życie wysysa zarówno z ofiary jak i z tego, kto wezwać jej moce się ośmielił”, jak mówiła jedna ze starych, zakurzonych książek. Młodzi, ambitni magowie szybko zinterpretowali ten i wiele innych, podobnych tekstów. Magia śmierci miała być przeciwieństwem życia. Równie szybko pojęli, jak potężna musi być owa moc. Nie zniechęceni przez ostrzeżenia i groźby, szybko rozpoczęli badania mające na celu wywołanie owej magii i okiełznanie jej. Szybko okazało się, iż jest to najtrudniejsze zadanie przed jakim stanęli. Niewiele dzieł traktowało o Magii Śmierci w jakikolwiek sposób, ciężko więc było odnaleźć sposób na wezwanie owej siły. Na dodatek mieli w pamięci ostrzeżenia przed konsekwencjami i niebezpieczeństwem wynikłym z użycia owych klątw. Po dwóch latach prób i badań w końcu im się udało: jeden z nich, student o imieniu Victor wezwał mroczną siłę, która przykryła jego ramiona, plecy i głowę niczym czarna zasłona utkana z nocy. Koledzy patrzyli jak urzeczeni. Wtem Victor wyciągnął rękę przed siebie i dotknął jednego z nich, niejakiego Keagiego prosto w pierś. Keagi natychmiast padł martwy, nie wydając z siebie nawet westchnienia. Reszta patrzyła na tę scenę z urzeczeniem pomieszanym z przerażeniem. Oto udało im się okiełznać pradawną siłę, choć jej moc była przerażająca. Twarz Victora wykrzywił grymas triumfu. Podniósł rękę, by obwieścić zwycięstwo, gdy nagle bez ostrzeżenia upadł bez życia na posadzkę, niczym kukła, której podcięto sznurki. Czarna energia spowijająca jego ciało zniknęła. Zostało tylko martwe ciało. Tak właśnie działała Magia Śmierci: wypalała życie z wszystkiego, czego dotknęła, nie miała litości nawet dla tych, którzy celowo wywołali ją z uśpienia. Armand i reszta stali w miejscu niczym sparaliżowani. Wiele czasu minęło, nim któryś z nich ośmielił się ruszyć. Jak dotąd, ich badania były tajemnicą. Jednakże śmierć dwójki studentów nie mogła przecież pozostać niewykryta. Co prawda ustalili między sobą własną wersję wydarzeń, którą przedstawili władzom Domu Tysiąca Słońc i ani słowem nie wspomnieli o Magii Śmierci, ale i tak musieli ponieść konsekwencje prowadzenia nielegalnych badań. Armand nie został wyrzucony z gildii tylko dzięki swym wcześniejszym zasługom. Przez kolejny rok, chodził ze spuszczoną głową, częściowo winiąc się za śmierć dwóch kolegów. Jednakże po kilkunastu miesiącach głód wiedzy powrócił, a Richelieu ponownie zagłębił się w swoje badania. Tym razem, ponownie jak na początku, pracował samotnie. Wiedział, iż w ten sposób nikt inny nie ucierpi. I na tych badaniach mijały mu kolejne lata…

Jakiś hałas wyrwał Armanda ze snu. Przetarł oczy i próbował zrozumieć co tak naprawdę go obudziło. W tym momencie zostało mu już tylko kilka tygodni do oficjalnego zakończenia nauki w Domu Tysiąca Słońc. Od feralnego wypadku z Victorem minęło kilka lat, a Richelieu ponownie wkupił się w łaski nauczycieli prowadząc rozległe badania na tematy powszechnie akceptowane. W tym momencie jednak, miast rozpamiętywać dawne sukcesy, porażki i ze zniecierpliwieniem wyczekiwać zbliżającej się wolności, mężczyzna wstał i ruszył do drzwi. Usłyszał jakieś krzyki i odgłosy. Szarpnął klamkę i pospieszył na korytarz.
Nie przesłyszał się. Cały gmach rozbrzmiewał krzykami, wrzaskami i hałasami rodem z pola bitwy. Richelieu pospieszył na dziedziniec, a to co tam ujrzał sprawiło, iż szczęka opadła mu do ziemi. Na terenie całego Domu odbywała się regularna bitwa. Uczniowie oraz nauczyciele walczyli wspólnie przeciwko niezidentyfikowanym (póki co) siłom wroga. Nim Armand pojął co tu się dokładnie dzieje oraz kto i dlaczego ich zaatakował, usłyszał na lewo od siebie krzyk bojowy i ujrzał biegnącego w swoim kierunku mężczyznę z czymś świecącym trzymanym w uniesionej wysoko prawej dłoni.
- Prometeusz – zrozumiał.
Richelieu był ciągle zaspany i nie wiedział do końca co zrobić. Działając pod wpływem impulsu, chwycił stojącą obok miotłę i machnął nią, podcinając przeciwnika, który upadł i wypuścił z ręki artefakt. Armand natychmiast zdzielił go kijem od miotły w głowę, a tamten stracił przytomność. Chłopak odrzucił swoją prowizoryczną broń i ruszył w kierunku miejsca, gdzie toczyła się najzacieklejsza walka. Nigdy tam nie dobiegł. Najpierw poczuł ból w tylnej części czaszki, a następnie zemdlał.

Nie wiedział ile czasu minęło nim świadomość zaczęła wracać. Miał wrażenie, iż teraz jest o wiele ciszej niż wcześniej. Armand otworzył oczy i krzywiąc się, wstał.
Bitwa była skończona. Cały dziedziniec ozdobiony był teraz dziesiątkami ciał oraz resztkami ścian, które musiały rozsypać się pod wpływem zaklęć ofensywnych. Jednakże postaci chodzące tu i ówdzie nie były członkami Domu Tysiąca Słońc. Prometheus wygrał walkę i nie oszczędził żadnego z magów. Richelieu przetrwał, gdyż pewnie wzięli go za trupa.
- Ej, tam jest jeszcze jeden! - krzyknął ktoś, wskazując na niego.
Wszyscy natychmiast ruszyli w jego stronę. Mag przeklął. Przeciwników było zbyt wielu, by mógł marzyć o ucieczce.
- Jesteś mój! - krzyknął jeden z nich, rzucając się w stronę Armanda i strzelając w niego wiązką energii z trzymanego urządzenia.
Richelieu ponownie zaklął i w ostatniej chwili przywołał tarczę, która zablokowała atak. Przeciwnik, nie zniechęcony tym ani odrobinę, wysłał 2 wiązki naraz. Armand zrobił unik i wykonał pchnięcie mocy. Przeciwnik wyrżnął plecami o ziemię, lecz natychmiast przeturlał się i wstał.
- Czyli jeszcze ktoś przeżył?! - rozległ się rozbawiony głos.
Wszyscy natychmiast odwrócili się w tamtą stronę. Głos należał do wysokiego mężczyzny z brodą. Był starszy wiekiem oraz stopniem od pozostałych, a przynajmniej tak wydawało się Armandowi po tym, w jaki sposób traktowali go inni. Promowie natychmiast rozstąpili się przed nim.
- Ostatni z Tysiąca Słońc. Wykończę cię osobiście… podobnie jak każdego innego maga na tym świecie – powiedział i wycelował w Richelieu swym pierścieniem.
Mag poczuł się, jakby zderzył się z lawiną głazów. Zaklęcie, czar, czy też efekt pseudomagiczny, cokolwiek to było rzuciło go na plecy. Ów dowódca oddziału Promów, kimkolwiek był, był znacznie potężniejszy od reszty. Richelieu wiedział, że jego śmierć jest kwestią kilku sekund lub kilku minut, w zależności od tego, jak długo jego przeciwnikowi będzie chciało się ciągnąć tę nierówną walkę. Armand wiedział, że nadszedł jego koniec. A skoro i tak miał umrzeć, to równie dobrze mógł zabrać kogoś ze sobą… Ostatnie lata poświęcone na potajemne zgłębianie Magii Śmierci nie poszły na marne, Richelieu wiedział w jaki sposób ją wezwać, choć nigdy tego nie robił, gdyż wiedział, iż równałoby się to z jego śmiercią. Lecz skoro miał i tak umrzeć…
Podniósł się z ziemi, a czarny płaszcz pokrył jego plecy i ramiona. Lider Promów spojrzał na niego ze zdziwieniem.
- Co to… - zdziwił się, lecz Armand już tego nie słyszał. Dobrowolnie oddał całą swą energię życiową, by przez kilka sekund móc rozporządzać potęgą dostępną jedynie samej śmierci. Języki czarnego ognia wystrzelił w dowódce wroga oraz w kilku jego sługusów. Umarli oni natychmiast. Niektórzy próbowali uciekać, lecz przed śmiercią nie da się przecież uciec. Macki czarnego ognia doścignęły ich i wydarły z nich ostatnie tchnienia. Niecałe 10 sekund później był już po wszystkim. Ostatnią żywą osobą na polu bitwy był Armand. Po dokonaniu masakry spojrzał po raz ostatni w niebo, które wydawało mu się tak odległe…
Sekundę później był już martwy.

Wybaczcie, ale reszta historii pozostać musi tajemnicą...


Ciekawostki (opcjonalnie): Czasami przedstawia się swoim pseudonimem zamiast prawdziwym imieniem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://yousei.forumpl.net/t307-kp-armand-richelieu

avatar
Liczba postów : 180
Dołączył/a : 30/09/2015
Skąd : Krainy Północy

PisanieTemat: Re: KP Armand Richelieu   Nie Lis 15, 2015 6:24 pm

Jestem dumna, że napisałeś KP!
Mnie się podoba, kolejna postać pełna możliwości i ciekawych rozwiązań fabularnych. Szkoda, że nie użyłeś kodu! Ode mnie
Akcept

_________________
Exchanging the white bond
Devoted prayers in one blue night
Winding green seeds fall down
Leaving the bronze one to harvest
Under purple mystery.

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Liczba postów : 65
Dołączył/a : 07/09/2015

PisanieTemat: Re: KP Armand Richelieu   Nie Lis 15, 2015 7:04 pm

Ja również: Akceptuje!

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://www.yousei.pl/t214-haru-yoshida
Sponsored content


PisanieTemat: Re: KP Armand Richelieu   

Powrót do góry Go down
 

KP Armand Richelieu

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Yousei no Hikari :: Kartoteka :: Karty Postaci :: Neutralni-